wtorek, 9 października 2012

Dycha na dychę z plusem(by Marcin)






Jakieś dwa miesiące temu zastanawiałem się nad rozkładem biegowych startów na jesień. Pewny byłem dwóch startów - Poznań Maraton oraz "połówka" w Pile. Dobierając do listy startów kolejne półmaratony zauważyłem, że moje główne starty w tym roku są na dystansie 5 km albo półmaraton. Właśnie ten brak pośrednich dystansów skłonił mnie do poszukania biegów na dystansie 10 i 15 km. Jedyna pasująca 15-stka była dzień po półmaratonie w Gnieźnie (1-sza 15-stka im M. Frankiewicza w Poznaniu) i jedyne doświadczenie wyciągnięte z tego biegu to że mimo wszystko odpoczynek przy bieganiu jest potrzebny. Kolejnym sprawdzianem miała być 10-tka, która w moim kalendarzu biegowym pojawiła się z datą 7 października - II Dycha Drzymały w Rakoniewicach. Do udziału w biegu zachęcały mnie dwie rzeczy - rewelacyjne biuro zawodów (organizujące Półmaraton Słowaka w Grodzisku Wlkp.) oraz termin biegu równo tydzień przed debiutem w maratonie, więc idealny sprawdzian przed długo wyczekiwanym maratonem. O maratonie będę pisał za tydzień, a dzisiaj skupię się wyłącznie na wczorajszym biegu, który chyba przez każdego z uczestników został bardzo wysoko oceniony. No ale wszystko po kolei...

Do Rakoniewic wybrałem się sam, ale ze świadomością, że na miejscu uda się spotkać kilku znajomych z biegowych ścieżek (przy okazji pozdrowienia dla Łukasza i Macieja :)). Na miejscu pojawiłem się półtora godziny przed startem i po znalezieniu ostatniego wolnego miejsca parkingowego (na szczęście obyło się bez większego objeżdżania) udałem się do biura zawodów. W tym miejscu mogę po raz pierwszy pochwalić wolontariuszy obsługujących bieg - biuro zawodów wskazano mi szybciej niż udało mi się zrobić pytającą minę ;) Pakiet startowy, jak to już chyba jest w zwyczaju organizatorów, zawierał niestandardowy gift od sponsora - zamiast standardowej koszulki biegowej w torbie znalazł się ręcznik z logo biegu (rozmiar 140x70 cm). Jak dla mnie super, szczególnie że koszulek już się trochę nazbierało, a takie prezenty również się przydają :) Kolejne minuty przed biegiem upływały już na rozmowach oraz spokojnej rozgrzewce na rakoniewickim rynku, na którym zlokalizowane zostały start i meta biegu. Na liście startowej było zgłoszonych ponad 1100 biegaczy, przy czym lista startowa została zamknięta już ponad tydzień przed startem.

Po przybyciu na start potwierdziło się to co wyczytałem już kilka dni wcześniej na forum - w równych odległościach od linii startu stali wolontariusze z tabliczkami wyznaczającymi strefy czasowe biegu (kolejny plus dla organizatorów). No i w tym miejscu powinienem już chyba najpóźniej napisać o moich oczekiwaniach co do spodziewanego rezultatu. Tak jak na wcześniejszych biegach postawiłem sobie dwa cele: optymistyczny i "do zrobienia". Optymistyczny cel był na magicznej jak dla mnie na razie granicy lub złamania 40 minut (na życzenie Makosa :P), a czas "do zrobienia" oznacza dla mnie minimum, które powinienem zrobić bez problemów, czyli w tym biegu czas 42 minut. Nie biegałem wcześniej na zawodach takiego dystansu, ale wiedziałem, że w celu wykręcenia dobrego czasu muszę od samego początku mocno zacząć. Ustawiłem się zatem przy tabliczce "40" i wyczekiwałem na rozpoczęcie odliczania. 


Po wystrzale startera i powolnym starcie wiedziałem już, że spokojnie mogłem ustawić się znacznie bliżej linii startu. Start minąłem po 16 sekundach od wystrzału, więc było już co nadrabiać a tempo nie było jeszcze zbliżone do oczekiwanego.. Na szczęście w miarę szybko bieg się rozciągnął i pod koniec pierwszego kilometra biegłem już tempem ok. 4 min/km. Pierwszy znacznik kilometra minąłem po 4 minutach 33 sekundach od startu. W tym samym momencie w głowie zaczęły się kręcić pierwsze negatywne myśli jakie mi towarzyszą podczas biegu, czyli coś w stylu "po co mi to bieganie", "nie chcę mi się", "dopiero 1 km za mną, już chciałbym być dalej" itd. To co mnie jak zwykle pocieszało i dodawało motywacji to myśl o tym, że po zakończeniu biegu będę znowu zadowolony, więc wszystkie negatywne myśli od razu prysły. Kolejne dwa kilometry udało się wykręcić w czasie minimum poniżej 4 minut, więc była nadzieja, że uda się przy takim tempie zbliżyć do granicy 40 minut :) Jednak nadzieja na taki rezultat prysła już na kolejnym kilometrze pokonany w czasie 4m05s. W tym momencie zaczęły się kalkulacje w jakim czasie uda mi się ukończyć cały bieg. Znacznik 5 km minąłem w czasie 20 minut i 33 sekund, czyli czasem jakim kończę zazwyczaj sobotnie biegi parkrunowe, a tutaj czekała mnie jeszcze taka sama odległość do pokonania.. Szybkie tempo odczuwałem na kolejnych kilometrach lekkim bólem nóg oraz wyczerpującym się paliwem, ale pozytywnie zaskakiwało mnie to, że nie wyprzedzało mnie za dużo osób, a co lepsze to że mi też udało się wyprzedzić kilku biegaczy :) Punkty z wodą na biegu były usytuowane na mniej więcej 4 i 9 km (bieg stanowiły dwie szybkie pętle) - z punktu skorzystałem tylko na pierwszym okrążeniu, na drugim już było szkoda czasu tracić, szczególnie że było bardzo blisko mety. Ostatnie 500 metrów postanowiłem nieznacznie przyspieszyć, a sił zabrakło jeszcze na finiszowe metry i pokonanie ostatniego rywala :) Bieg udało się ukończyć w czasie netto 41m02s (czas brutto 41m18s) co jest dla mnie bardzo dobrym wynikiem, z którego się bardzo cieszę :) Bieg ukończyłem na 152. miejscu w klasyfikacji OPEN na 993 biegaczy, którzy ukończyli zawody. Pierwsza życiówka osiągnięta przy średnim tempie 4:06 na pokonanie jednego kilometra jest dobrym prognostykiem jeśli chodzi o moc przed maratonem :)


Po zakończeniu biegu nastąpiło każdy z uczestników otrzymał medal z wizerunkiem wozu Drzymały na awersie oraz wodę i pieczywo Waza na przekąskę. To co najlepsze czekało jednak na biegaczy w muzeum pożarnictwa :) W biegach nie uczestniczę dla poczęstunków po biegu i jak dla mnie nie są one wymogiem podczas każdego biegu, ale to co zobaczyłem co czekało na biegaczy przerastało chyba oczekiwania każdego z uczestników - do skosztowania był bigos, kiełbasa, chleb ze smalcem, ogórki, racuchy, ciasto drożdżowe, a do zapicia możliwość wyboru kawy, herbaty lub piwa. Uczestniczyłem już w kilku biegach, ale takiej ilości różnych frykasów jeszcze nigdzie nie widziałem :) Po uzupełnieniu spalonych podczas biegu kalorii pozostałem jeszcze na rozdanie nagród i wyruszyłem w podróż powrotną. 

Podsumowując - bieg mogę zaliczyć do udanych. Czas osiągnięty w biegu jest w granicach moich obecnych możliwości, obyło się bez kontuzji, no i mogę powiedzieć że ostatni sprawdzian przed maratonem zaliczony z powodzeniem. Tytuł wskazujący na dychę z plusem odnosi się również dla organizatorów - jeśli w przyszłym roku będziecie chcieli wystartować w biegu na 10 km to bardzo mocno rekomenduję bieg w Rakoniewicach :)

P.S. Jest to moja pierwsza relacja z biegu, więc mam nadzieję, że wybaczycie mi jeśli jest za długa lub nie za ciekawa :) Umysł mam bardziej ścisły niż humanistyczny więc piękną polszczyzną nie będę pisał, ale liczę że nie zniechęci to Was do czytania moich tekstów. Jeśli macie jakieś uwagi to piszcie śmiało w komentarzach :) 

3 komentarze:

  1. Powodzenia w najbliższy weekend. Trzymam kciuki za udany maraton. Pzdr, Rolki z Wro ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Relacja może być, nie była zła ;) Dziękuję za pozdrowienia i jeszcze raz pogratuluję czasu. Oczywiście potwierdzam słowa Marcina co do oceny organizacji tego biegu - pierwsza klasa!No i muszę się zgodzić - jest moc przed maratonem :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak na pierwsze koty za płoty, umysłu ścisłego- nieźle! Gratuluje wyniku i też pozdrawiam Łukasza ;) Jul.

    OdpowiedzUsuń