czwartek, 25 października 2012

Zamglony bieg(by Marcin)

Przez pierwsze dwa dni po biegu wydawało mi się, że ukończenie maratonu kosztowało mnie mniej sił niż sobie wyobrażałem. Świadomie piszę, że mi się wydawało, gdyż już we wtorek okazało się jak wyczerpałem i osłabiłem organizm podczas biegu. Rankiem po pobudce czułem jeszcze przypływ sił i zastanawiałem się nad rozbieganiem wieczorem, ale już w okolicach południa powoli wyczuwałem, że jednak będę musiał sobie to bieganie odpuścić… Zaczęło się od bólu gardła i pomimo próby natychmiastowego podreperowania zdrowia, kolejne dni zajęło mi kurowanie się po przeziębieniu. Kurację chciałem przeprowadzić najszybciej jak to możliwe, gdyż na weekend planowałem dwa starty – sobotni poranek z Parkrunem oraz niedzielny półmaraton w Szamotułach.

W sobotni poranek wyglądało, że przeziębienie powoli odchodziło w niepamięć, dlatego też chciałem sprawdzić ile sił w nogach zostało po maratonie. Już na drugim kilometrze zaskoczyło mnie ból w łydkach – po maratonie nie odczuwałem żadnego zakwaszenia w łydkach, więc tym bardziej nie spodziewałem się, że nastąpi to podczas biegu. Bieg nie był mimo wszystko najgorszy, a czas zbliżony do osiąganych wyników pozwalał mieć nadzieję, że w niedzielę będę miał siły na przebiegnięcie półmaratonu.


Po wczesnej pobudce w niedzielę zaskoczył mnie widok za oknem dawno nie widzianej, gęstej mgły. Jeszcze wtedy nie myślałem, że mgła będzie w stanie się utrzymać tak długo i wpłynąć w jakimkolwiek sposób na zbliżający się bieg. Droga do Szamotuł, pomimo ciągnącego się sznuru samochodów, upłynęła dosyć sympatycznie na rozmowach z Zosią, Tomkiem i Szymonem. W samych Szamotułach zrobiliśmy jeszcze kilka rundek po ul. Obornickiej, po czym udało się w końcu trafić do biura zawodów umiejscowionego w jednej z miejscowych szkół. Na miejscu zaskoczyły mnie szatnie dla zawodników – męska szatnia ulokowana została w sali do historii, w której na półkach dało się dojrzeć stare podręczniki, z których równie dobrze ja mogłem się uczyć w podstawówce ;)

Za oknami w dalszym ciągu widoczna była gęsta mgła, która bardzo szybko wpłynęła po raz pierwszy na bieg tego dnia opóźniając start o pół godziny. Po dłuższym oczekiwaniu i rozmowach z kolejnymi znajomymi biegaczami wyruszyliśmy w końcu na szamotulski rynek, na którym ulokowany został start biegu. Mój cel na bieg tym razem był tylko jeden – ukończyć bieg w czasie poniżej 1g35m. Po przeziębieniu nie chciałem się forsować w żaden sposób, tym bardziej że nie wiedziałem w jakim stopniu mój organizm ma jeszcze siły. Ostatnie chwile przed biegiem upłynęły na dalszych pogawędkach, które zostały dość nieoczekiwanie przerwane wystrzałem z armaty oznaczającym rozpoczęcie biegu. Życzyłem jeszcze wszystkim znajomym powodzenia i ruszyłem w trasę.


Po minięciu linii startu usłyszałem słowa spikera, że w biegu uczestniczy ok. 800 biegaczy, więc było w miarę pewne, że szybko rozrzedzi się grupa biegaczy i będzie można szybko biec docelowym tempem. Minimalne tempo biegu pozwalające na osiągnięcie założonego celu wynosiło 4m30s na kilometr, więc zerkając na zegarek miałem zamiar pilnować się, aby nie przekraczać założeń. Do pierwszego punktu żywieniowego (na 5. km) biegło mi się jeszcze w miarę ok., jednak z każdym metrem coraz bardziej nie chciało mi się biec. Nie wiem z czego to wynikało – czy to po grypie, czy też po dziesiątkach tysięcy kroków na maratonie, ale najzwyczajniej w świecie złapałem lenia… Pewnie powiecie, że dziwny ten leń skoro cały czas biegłem dalej, ale generalnie z dwojga złego wolałem biec dalej i ukończyć bieg, niż później wkurzać się na siebie, że odpuściłem.



Na trasie w dalszym ciągu panowała wszem i wobec bohaterka niedzielnego biegu, czyli gęsta mgła. Widoczność była tak dobra, że gdyby nie okrzyki wolontariuszy na punktach żywieniowych to pewnie nadziałbym się na stoliki z wodą i izotonikami ;) Organizatorzy rozstawili dodatkowo na trasie co ok. 200 metrów parki wolontariuszy, którzy chyba przez cały bieg mieli obowiązek oklaskiwania biegaczy. Postanowiłem częściowo wykorzystać ten fakt i również odwzajemniałem się tym samym, zwłaszcza przy większych grupkach kibiców. Oklaski do kibiców powodowały zwiększenie dopingu z ich strony, dzięki czemu przynajmniej na krótkie odcinki czasu nabierałem chwilowej ochoty do biegu i nie zwalniałem aż tak mocno na kolejnych kilometrach.


W tym momencie mogę dodać to co zauważyłem podczas ostatnich biegów – po starcie na kolejnych kilometrach widoczne jest kto na jaki czas „idzie”. Tak jak na pierwszych kilometrach mając siły i chęci wyprzedzałem kolejnych biegaczy, tak później widziałem jak wyprzedzają mnie widziane wcześniej koszulki. W takich momentach nie trzeba patrzeć na zegarek, żeby zauważyć wolniejsze tempo. Mimo wszystko co kilometr spoglądałem na zegarek i obserwowałem jak po szybkim początku zaczynam słabnąć :(

Po drugim punkcie żywieniowym na 10. km jedyne co mnie cieszyło to, że jestem już w połowie dystansu. W dalszym ciągu korzystałem z wsparcia kibiców, zachęcając ich do głośniejszego dopingu (trzeba było się jakoś posiłkować ;)). Mniej więcej po trzynastym kilometrze rozpoczął się delikatny, prawie niezauważalny podbieg, który wpływał na mnie negatywnie. Nadal dawałem się wyprzedzać kolejnym biegaczom i zacząłem kalkulować w jakim czasie uda mi się zakończyć bieg… Coraz mocniej gnębiła mnie myśl, że nie uda mi się zrealizować postawionego celu i przybiegnę na metę kilka minut później…



…i tak było mniej więcej do 17. kilometra. Po drodze zaliczyłem ostatni punkt żywieniowy i nagle zacząłem czuć przypływ sił i chęci do biegu. Kilometr nr 16 okazał się być moim najwolniej pokonanym odcinkiem w całym biegu i może ten fakt oraz to że zbliżałem się do tempa 4m30s na kilometr zadziałało na mnie jak płachta na byka. Każdy kolejny kilometr był już szybszy od poprzedniego, a ja zaczynałem powoli wyprzedzać biegaczy, którzy jeszcze chwile wcześniej mi uciekali. Kolejny przypływ sił dostałem mniej więcej po 18 kilometrze jak trasa zrobiła się znowu płaska i zbliżaliśmy się do Szamotuł. Zapomniałem jeszcze dodać o jednej rzeczy, którą może dojrzycie na zdjęciach – kolejnym z aspektów pogodowych była delikatna mżawka, która bardzo skutecznie ograniczała moją widoczność i praktycznie co 500-700 metrów musiałem ściągać okulary i przecierać szkiełka ;) 



Ostatnie dwa kilometry biegu pokonywałem już w tempie jakim biegam głównie na krótszych dystansach, a dodatkowo zdziwił mnie nadmiar sił na tym etapie, gdyż zazwyczaj po szybkim starcie przez ostatnie kilometry starałem się utrzymać tempo. Do mety zbliżałem się w coraz szybszym tempie, wyprzedzając kolejnych biegaczy. W tym momencie zaczynałem odczuwać ponownie radość z biegania i żałowałem, że bieg się zaraz skończy. Ostatnie metry pokonywałem już w prawie sprinterskim (jeśli można to tak nazwać) tempie mijając linię mety w czasie 1g34m12s (czas netto 1g33m57s) meldując się ostatecznie na 141 miejscu wśród 801 zawodników, którzy ukończyli bieg. Na mecie dowiedziałem się o wykręceniu super życiówek przez znajomego z pracy (1g25m tydzień po maratonie!) oraz Michała z NR, któremu udało się złamać 1g30m – jeszcze raz gratki! J Po chwili udałem się jeszcze na metę i udało mi się trafić na finiszującego z życiówką Tomka oraz chwilę później Zośkę. Zebrani w komplecie udaliśmy się jeszcze na posiłek oraz po pogaduchach i nieudanym losowaniu nagród ruszyliśmy w drogę powrotną do domu.



Generalnie rzecz biorąc bieg można uznać za udany – mi udało się zrealizować postawiony cel oraz ukończyć 7. bieg z cyklu Grand Prix Wielkopolski w półmaratonach (jestem już klasyfikowany J). Cieszą również super czasy wykręcone przez znajomych. Może gdyby nie ten brak chęci i sił przez większość biegu to może i mi by się udało coś poprawić… No cóż, nie ma co teraz o tym myśleć – kolejne szanse jeszcze będą J

A mgła była tak uparta, że znikła dopiero w poniedziałek popołudniu… ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz