niedziela, 28 kwietnia 2013

Orlen Warsaw Marathon - Zobaczyć "2" z przodu

W miniony weekend odbył się Orlen Warsaw Marathon, zawody biegowe, które pojawiły się w biegowym kalendarzu w tym roku po raz pierwszy. W trzech biegach udział wzięło w sumie 28 000 biegaczy !  Do Warszawy pojechała także reprezentacja Night Runners ze Stachem na czele - w sumie ośmioro biegaczy, oprócz Stacha, byli to: Ela, Piotr, Damian,Michał, Marcin,Łukasz oraz Wiesław. Zapraszam do prześledzenia trasy biegu oczami T1000.


Z dokładnością atomowej sekundy czyli „2-ka” w mojej głowie w 3 aktach.

I akt odbył się w październiku 2012 nieudaną ułańską szarżą na barierę 3h na Maratonie w Poznaniu. To było tzw. „rozpoznanie walką” po której myśl była jedna – Stary, jeszcze trochę kaszy musisz zjeść…

II akt
2013r.
Po różnych perturbacjach w stylu „a może Dębno, a może Łódź, a może Warszawa” wybór padł na Orlen Warsaw Maraton. Dobry termin (przedłużająca się zima dawała nadzieję na niską temperaturę) i ranga Mistrzostw Polski przesądziły sprawę…
Przygotowania były ciężkie choć bez specjalnego planu. Właściwie żadnego planu sensu stricte J Biegam na czuja, słuchając organizmu, trzymając się ogólnych zasad popartych uwarunkowaniami życiowymi (praca itp.) i klimatycznymi (długie wybiegania w weekend kiedy jasno).
Od 01.12.2012 do czasu startu (21.04.2013r.) zaliczone ponad 1300km, kilka 30-tek i kilka (dosłownie podbiegów i interwałów). Generalnie baza to objętość czasami robiona szybciej w formie biegów z narastającą prędkością.

III akt
Warszawa. Dzień startu. Piękna pogoda. 7 stopni, żadnej chmurki, wiatr 16-18km/h (prognozy co do wiatru dawały do myślenia)
Z kolegą Sylwkiem na start udaliśmy się piechotką (niecałe 2 km od hotelu – polecam Ibis Bugdet Hotel, szczegóły na priv). Tłum ludzi, spotkanie ze znajomymi, przebieranko, banan do pieca, depozyt, strzała w boksy.
Wiary dużo. Obok, za barierkami ludzie na bieg na 10 km. Brak balonów na 3h…
U góry oficjele, przemowy, kamery, prezes Orlenu (wiedzieliście że to ekstra sportowiec za „młodego” ?) To dużo wyjaśnia… Atmosfera wspaniała… Minuta ciszy – Boston…
W sumie bez specjalnych nerwów. Testy i wyniki wiosennych biegów dawały nadzieję że jak pójdę „w trupa” i będzie tzw. Dzień Konia to możliwy jest wynik 2.49.XX ale szczerze – nie czułem tego…
START – pooooooszliiii !
(dla nie wtajemniczonych – na złamanie 3h potrzebne jest przelotowe tempo 4.15/km)
Nastawiłem Garmina na pace <2.50 ale tylko po to żeby mieć punkt odniesienia a w głowie zapamiętałem rozpiskę tempa na 2.52 (ze strony http://feelrace.com/) ale szybko okazało się, że o to będzie ciężko.
Na początku, pierwsze kilometry „tępe” (4.30-4.20/km) bo „na zimno”, bo z rozwagą, bo gęsto ludzi, bo się nie chciało, bo ładne widoki na Warszawę czyli ciapu, ciapu :)
Coś tam od 4km miałem zmienić tempo na 4.07 ale bla, bla, bla… fajnie się biegnie to docisnę później :)
Stare Miasto, żegnam się z Tomkiem Banachem, moim guru biegowym (nie dał się namówić na „głębsze” zejście poniżej 3h) i robię 6-ty km po 4.05 ale zaraz potem, na Krakowskim Przedmieściu niespodzianka ! Z przeciwka (przedzieleni jesteśmy tylko barierką) lecą Ci z 10 km ! Najpierw elita, potem więcej „białych” (a wygrał Polak !), potem Justyna Kowalczyk (po naszej stronie przetaczająca się ściana dopingowego wrzasku dla niej), potem kumpel krzyczący „Stachu dawaj” czyli obustronne okrzyki, oklaski, doping i przybijanie piątek z obcymi ludźmi.

Po zbiegu ul Tamka żegnamy zasadniczo Śródmieście zmierzamy długimi prostymi na południe Stolicy.
8 i 9 km idą dobrze po 4.03-4.07. Specjalne pozdrowienia dla pięknej dziewczyny z jabłkiem ! Skraść takiej całusa to by było coś ! Czy stać mnie było na 5 sek. straty ? Dowiecie się za 50 lat jak zostaną odtajnione archiwa ;)
Zaraz potem zaczynają się „schody”
Wiatr…
Słońce…
Długie proste…
Brak dużej grupy gdzie można by odpocząć…
Kolejne „kaemy” w przedziale 4.10-4.18 zamiast 4.05 – 4.07….
Zaczyna się przechodzenie do przodu od grupki do grupki. Samemu albo po 2-3 osoby. Na 15-tym „śniadanko” czyli pierwszy z żeli. Bufety dobrze zaopatrzone (wolontariat super !) ale korzystam tylko z wody do popicia żelu i zmoczenia gąbki do przemycia twarzy z soli.
Zawiązują się krótkotrwałe znajomości w stylu „ile zrobiłeś na połówce?”, „na ile lecisz ? na 3h a ty, ja też” – ok ale patrzę że ciut za wolno to dokręcam do kolejnej grupki. Dobiegam, łapię oddech, pytanko „na ile lecicie ? na 3h…,” aha… patrzę na gps – tempo 4.17, za wolno jak na 3h zbieramy się we trzech i do przodu…
„Miejscowy” mówi, że jak wybiegniemy za miasto to będzie jeszcze gorzej z wiatrem i że trzeba dojść większą grupę bo nas ten wiatr zabije. No to mówię panowie: jak w kolarstwie – jeden do przodu, reszta się chowa i lecimy „po zmianach” do przodu.
Tempo skacze miejscami do 3.53 (a trzeba Wam wiedzieć, że nadrobienie 70-100 m różnicy może zająć 2-3 km), dochodzimy kogoś (17-ty km po 4.02) i znowu to samo „na ile ? na 3h…” Oni też na 3 h ? WTF ?! Tyle grup na 3 h w odstępie tylu km i wszystkie biegną za wolno :)
Trzeba rzeźbić swoje…
19km – 4.18
22km – 4.06
Czyli (przepraszam za wyrażenie) - rozjebka tempowa…
Wiatr momentami wgniata na 4.30. Pierwsi ludzie na poboczu ze skurczami, Myślę sobie cholera przykro mi – mają daleko jeszcze „do domu”…
Ul. Podgrzybków – krótki ale mega sztywny podbieg. Biegowy kolega rzuca „fuckami” 100m dalej, już na płaskim – dopiero wtedy jego nogi poczuły te % sprzed kilkudziesięciu sekund. Pace za 25km pokazał 4.27 (ałaaa - grubo za wolno)
Żel. Popita.
Jesteśmy chyba na Ursynowie. Jakieś osiedle, ludzie krzyczą, myślę sobie „zapamiętaj coś z trasy, coś ludziom opowiesz potem” ale nic z tego. Krajobraz się przewija, ktoś kuleje, słońce świeci, widzę po Garminku że mam zapas niecałych 4 min do 3h.
26 km coś zaczynać łaskotać w podeszwę stopy…
Kolega obok opowiada że debiutuje i chce na 2.55. Połówkę w Waw pobiegł na 1:24 ale ani razu nic powyżej 30 km. No bracie…
Km 28-31 poniżej 4.15. Wiem, że mam jeszcze zapas na zegarze ale w tym miejscu miało być już progresywnie po 4.05-4.03. Pojawia się pierwsza myśl, że jak wjedzie „ściana” to wszystko zawiśnie na włosku…
Stopa już nie łaskocze. Już pali. „Może i dałeś wazeliny ale nowe skarpetki przetestowałeś tylko na połówce ! Ty debilu ! Ale zaraz… lewa stopa OK. To może nie skarpetki ?”
Chyba prawy but za luźno zawiązany i stopa za bardzo lata na linii przód-tył…
Czasami ktoś pyta „o czym myślisz jak biegniesz tak długo ?” i z reguły mam z tym problem. Ludzie pewnie oczekują wzniosłych odpowiedzi, że o religii,  konstruktywnym rozwiązywaniu problemów w pracy albo że o kinematografii gruzińskiej czy też o tym kto ma rację w konflikcie izraelsko-palestyńskim. No bywa i tak ale jak Cię stopa napierd… to myślisz tylko o tym czy ci krew nie zachlasta nowych butów ;) ewentualnie czy stoperan będzie działał do mety czy będzie potrzebny pit-stop w tojtoju ;)
Czuję że coś mokro na tej stopie, oglądam się – nie, to chyba jeszcze nie krew bo asfalt nie jest czerwony. Muszę stanąć i „przelogować” wiązanie buta na „ciaśniej”. Aleja Ken – 32 km. Pace 4.32.
Jak to było ? Asocjacja bólu ? Może dysocjacja ? W dupę z tym – „jak przyśpieszę to krócej będę cierpiał”. Logiczne nie ? :)
Spinam pośladki i od 33 km trzymam się (w ogólności) tempa 4.10. Zaczynam już tylko wyprzedzać (do samej mety „pękło ponad 60 osób”) Ul. Puławska – prosta po horyzont. 35km – żel…
Skręt prawo, lewo, wbiegamy na AL. Ujazdowskie i znowu prosta (kurrrrr…) Długie proste miażdżą, zwłaszcza jak się biegnie samemu, pod wiatr i jest to końcówka maratonu…
Stopa napier…, czuję że tam niezły bajzel jest :)
W oddali rondo z palmą – znam je z półmaratonu, to już niedaleko. Jak mawiają alpniści „podświadomie czuję bliskość szczytu”. Wyprzedzam kolejne osoby. Nikt nie nawiązuje walki. Po 38 km to już każdy ma swój Everest…
Od palmy znowu długa prosta do Wisły przez Most Poniatowskiego. Słynna „ściana maratońska”  tym razem nie przychodzi ! (nie myślałem, że to możliwe) Dziękuję sobie za te wszystkie wyjścia w zimę, mróz i słotę (wtedy kiedy najmniej się chciało), bo niechybnie dzięki nim trzymam fason.
W głowie słowa Muhammada Ali -  I’m gonna show you how great I am !
40-ty km poszedł po 4.09, na macie czas ogólny 2:49:40 – ścisnęło mnie w gardle. Już wiem że mi nikt nie odbierze tego „dwa pięćdziesiąt coś”
41km – 4.03
42km – 3.53 :)
Obiegamy Stadion Narodowy już drogą wyznaczoną linią ogrodzeń.
Ostatnie kilkaset metrów to już wisienka na torcie. Po bokach kibice wiszący na barierkach. Ciągle macham, zagrzewam do dopingu J Jest też żółta koszulka ! Na Night Runners’ów zawsze można liczyć. Słońce. Telebim. Wielki zegar z uciekającymi sekundami. Jest pięknie jak we śnie. Jeszcze 50 kroków, jeszcze 10…
Jest !
Stop !
2:58:XX
Lala lala:)
A jednak się nie poryczałem ;)
Opis odczuć związanych z masowaniem obu nóg naraz przez dwie masażystki pominę ze względu na brak miejsca ;) Powiem tylko, że warto szybko biegać żeby się wbić bez kolejki na masaż na mecie !
Jeszcze coś dla tych co lubią liczby: średnie tętno 157, max 184.


P.S. Specjalne podziękowania dla wszystkich którzy mi dopingowali, wspierali,  wierzyli we mnie i w ogóle, w ogóle. Nie sposób Was wszystkich wymienić ani uściskać ale wierzcie mi – czułem to i niosło mnie to :)
To był dobry dzień :)
Jeśli chcesz biegać, przebiegnij kilometr…
Jeśli chcesz zmienić swoje życie, przebiegnij maraton.
Emil Zatopek

I tego Wam wszystkim życzę ;)
Wasz T-1000

3 komentarze:

  1. no cóż ... składam hołdy poddańcze, także biegłem ten maraton (pierwszy w życiu) jednak ze swoim czasem (3:37:58) nie mieliśmy szansy się spotkać na trasie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękny wynik! Dla mnie póki co maraton to odległe marzenie (dopiero za rok, z nastawieniem "dobiec do mety". Sam OWM świetnie zorganizowany, przeżywam do dziś te 10 km :D

    OdpowiedzUsuń
  3. piękny czas !!!! gratulację !!!!
    moje łydki nie wytrzymały - 35 km zaczął się koszmar
    ale w poznaniu będzie lepiej - będzie MUSI paść granica 4 godzin :)
    do zobaczenia na trasach :)
    pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń