poniedziałek, 6 maja 2013

Unicef Maraton - Debiut 42,195 w Genewie


Maraton, bieg inny niż wszystkie. Dotychczas mogłem uczestniczyć w maratonie tylko jako gość, obserwator. Jednak patrząc na to wszystko z boku to wszystko wydaje się prostsze. Okey, biegałem już kilka półmaratonów,  przygotowując się do debiutu na dystansie 42 km, zaliczyłem też trzy trzydziestki, ale takiej skali wysiłku nie spodziewałem się ani przez chwilę. Mój debiut przypadł na Genewę. Jako Poznaniak sądziłem, że swoją przygodę z maratonem rozpocznę u siebie, jednak szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że start w malowniczej Genewie stał się faktem. I tak 5 maja 2013 roku dotarłem na Avenue Bel Air, by pośród setek innych biegaczy przeżyć bieg, który miał zmienić moje życie. Już za parę godzin miałem zostać maratończykiem.



Czułem się dobrze. Fizycznie czułem się wręcz bardzo dobrze. Od kilku dni czytałem książkę Dogonić Kenijczyków, jak się później okazało mój plan złapania jednego za nogę na starcie nie wypalił. Chyba mnie rozczytali i nie przyjechali do Genewy. Wykorzystując ich nieobecność zwyciężył Rosjanin – Maksim, przybiegając na metę prawie 2 godziny przede mną. Noc przed startem miałem zaskakująco spokojną, wyspany, ale i czując już nerwy przygotowałem sobie moje tradycyjne danie przedstartowe – omlet z 5 jajek. Do tego jeszcze extra moc w postaci banana i byłem gotowy do biegu. 

Wraz z Gosią i Tomkiem, przyjaciółmi, którzy ugościli mnie na czas trwania maratonu, dotarliśmy na miejsce startu chwilę przed 9.00.  Na miejscu spotkałem jeszcze Tomka, Night Runner’a z Innsbruku, dla którego bieg w Genewie był debiutem w maratonie. Tomek wykazywał zdecydowanie większy respekt dla dystansu niż ja. Zaowocowało to przebiegnięciem całego dystansu w równym tempie i finiszem w czasie poniżej 4h30m.

Przed startem
Przed startem oczywiście przeanalizowałem trasę i wydawała mi się bardzo przyjemna, na przekroju nie widziałem za wielu podbiegów czego obawiałem się szczególnie w końcówce. Martwiły mnie jedynie długie kilkukilometrowe proste, jak się za chwile miało okazać były dla mnie zabójcze.


Wybiła 9.30, końcowe odliczanie i ruszyliśmy. Planowałem złapać pacemakera na 3.30 i spróbować utrzymać się z nim jak najdłużej. Szybko udało mi się przebić do grupy, która liczyła około 100 osób i wspólnie przemierzaliśmy pierwsze kilometry. Tempo na 3.30 to równo 5min/km jednak „szef” cisnął 4.45-4.50. Sądziłem ze poleci tak pierwsze kilometry i wyluzuje…jednak kilometry mijały a mój avg. Pace wynosił 4.50 po 10 km. Podbiegłem do przodu grupy i pytam – Mysje, WTF? We are running to fast, don’t we?  Na co szef odpowiedział mi nienaganną francuszczyzną, z której zrozumiałem jedynie 3 minutes BONUS. Ja mu dam BONUS ku*** - tak, przekląłem po raz pierwszy. W ciągu najbliższych godzin zdarzy mi się to jeszcze wielokrotnie. Szybko przeliczyłem, ze jego bonus prowadzi nas na czas 3.23…co było dla mnie grubą przesadą, o czym poinformował mnie niedługo później mój organizm. Mniej więcej koło 7 km wybiegliśmy z miasta i wbiegliśmy na pola….rozległe pola rzepaku. Ścieżka co chwile zmieniała się z gruntowej na asfaltową, czasem dziura, czasem kałuża, jak oni dostali atest? Pogoda była piękna, widoczność doskonała, w tle Alpy i ośnieżone jeszcze szczyty, bezchmurne niebo, słonecznie i bezkresne zielono żółte pola. Ideał, ale na piknik, a nie do biegania. Mało kto lubi biegać w upale, nie należę w tej kwestii do wyjątków. Do 17-18 km trzymałem równe tempo, jednak robiło mi się coraz bardziej gorąco. Do tego otwarte przestrzenie maja to do siebie ze lubi po nich hulać wiatr. No i hulał.  Jeszcze dodam, że na 12 km straciłem kontakt z Garminem, mimo, ze naładowany to po prostu się wyłączył. Przez kilometr z nim walczyłem i udało  się odpalić go ponownie. 

Rzepakowe polaaa
Pacemaker biegnący szybciej niż miał, plus brak precyzyjnych pomiarów z pulsometru bardzo utrudniło mi pokonywanie kolejnych kilometrów. Na jednym z kolejnych punktów żywieniowych zgubiłem grupę na 3.30. Na półmetku straciłem ich z oczu, czas po 21 km – 1.47. Czasowo było dobrze, ze zdrowiem coraz gorzej. Na jednej z szutrowych prostych podkręciłem delikatnie kostkę. To nie było nic poważnego, ale kostki to moja bolączką z uwagi na zamiłowanie do koszykówki. Organizm podświadomie zaczął ją oszczędzać i zwolniłem. Czy wspominałem już, że było gorąco? Od 25 km kilometra ściana…maratońska ściana, która pojawiła się złośliwie wcześniej niż powinna. Teraz najbardziej brakowało mi kogoś do kogo mógłbym otworzyć usta. Moje wszystkie ostatnie starty to 10, 20 , 30 lub więcej Night Runnersów. Tym razem byłem sam i poczułem jak wiele daje grupa. Na 25 km ostatecznie straciłem Garmina. Zatem pozostał mi bieg w ciemno. Byłem wściekły, mój pierwszy maraton, a urządzenie odmawia posłuszeństwa z przyczyn mi nie znanych – za duża wilgotność? Gorąco? Pacemakera już dawno nie było, za mną jedynie grupa na 4.00, nie było ekipy na 3.45.  
Na 30 km wbiegliśmy do Genewy, trasa nad jeziorem, mnóstwo kibiców krzyczących Allez Tomas! No to Tomas próbował allez, lecz coraz częściej musiałem ratować się marszem. Przez głowę przechodziły mi setki myśli, krążące głownie wokół odliczania kilometrów, ułomnych próbach wyczucia tempa oraz przeklinania temperatury i niedziałającego Garmina. Na 35 km jakaś Francuzka widząc moje cierpienia krzyknęła – Tomas Champion. To było miłe ;)  7 km do mety, a baloniki na 4.00 ciągle mnie nie wyprzedziły. Jednak coraz częściej nerwowo odwracałem się za plecy bo czułem, ze muszą być coraz bliżej. Na tym etapie moje technika biegu przypominała…w sumie nic godnego opisania – przemieszczałem się do przodu. Na 37 km zegar wskazał 3.26 i wtedy minęła mnie grupa na 4.00. Poszatkowana, góra kilka osób z pacemakerem. Podejrzewam, że tez biegł trochę na BONUS. Przez chwilę nawet chciałem ich gonić, ale szybko odpuściłem ten temat. Ostatnie 5 km pokonałem w 40 minut…oczywiście na 39 km ktoś bezczelnie ustawił podbieg! Na tym etapie coraz więcej osób przechodziło w marsz, w tym i ja.  Teraz potrzebowałem dopingu, potrzebowałem Garmina, potrzebowałem czegoś.. pozostała samomotywacja. Przebiegłeś już 40 km…pozostały marne 2 km…musisz k! Snułem się powoli ostatnie metry, krok po kroku. Meta usytuowana była na moście – mnóstwo kibiców z obu stron i meta w oddali – przyspieszyłem, wyprostowałem. Słyszałem – „ o nasz” „brawo Polska”, a meta coraz bliżej. Niebieski dywan, ręce w górze , prawie łzy. 4h09min. Zostałem maratończykiem. 

ostatnia prosta

Było ciężko, trudniej niż myślałem, ale nie rezygnuje. We wrześniu Berlin, jeden z największych maratonów na świecie, a potem? Zobaczymy ;) 
Podczas biegu wydawało mi się, że wszystko jest przeciwko mnie, pogoda, zegarek, kostka, pacemaker, ale może to właśnie urok maratonu? Nie można przewidzieć wszystkiego. 


Maratończyk!
Dziękuję Wam wszystkim za doping, pomógł mi dotrzeć do mety !

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz