czwartek, 15 sierpnia 2013

1/4 IRON(WO)MAN - Lotto Poznań Triathlon 2013

Nigdy nie przypuszczałam, że do biegania, a później nawet i triathlonu zmotywuje mnie... kontuzja!
Przez ostatnie 10 lat uprawiałam różne sporty ekstremalne – capoeira, akrobatyka, snowboard, wakeboard... Bieganie i rower nigdy mnie nie pociągały. Niestety, 25 lutego zeszłego roku miałam wypadek na stoku. Przewróciłam się na snowboardzie, co spowodowało zerwanie więzadeł kolanowych (tzw. „nieszczęśliwa triada”). Diagnoza była jak wyrok, już wiedziałam, że czeka mnie rekonstrukcja oraz bardzo długa i ciężka rehabilitacja. O sportach, które do tej pory uprawiałam musiałam na długi czas zapomnieć. 
Na przełomie czerwca i lipca (ok. 3 miesiące po rekonstrukcji) rehabilitant i lekarz pozwolili mi biegać. Była to dla mnie niesamowita radość i urozmaicenie po długich, intensywnych i monotonnych ćwiczeniach siłowo-rehabilitacyjnych. Zaczęłam od bardzo krótkich marszobiegów (1÷2 km), z czasem trochę truchtu i w końcu bieg w tempie 6.40÷6.50 min/km, wciąż jednak kulejąc na lewą nogę…
Powrót do pozostałych sportów miał nastąpić pod koniec roku. Niestety jednak, w październiku kolano zaczęło chrzęścić i boleć przy dłuższych biegach czy ćwiczeniach… Musiałam przystopować, a mój lekarz prowadzący zalecił mi kurację w postaci zastrzyków i tabletek. Leczenie nie przynosiło żadnych efektów, w związku z czym w grudniu podjął decyzję o kolejnym zabiegu. Biegałam wówczas sporadycznie (1÷2 razy w tygodniu), by nie tracić formy, ale jednocześnie nie męczyć kolana. Byłam już bardzo zniechęcona i sfrustrowana.
W grudniu mój brat oświadczył, że startuje w triathlonie i zaczął mnie również namawiać. Z początku wydawało mi się to w moim przypadku kompletnie bez sensu. Nie wiedziałam czy zdążę się przygotować i kiedy w ogóle będę mogła zacząć treningi, a najwcześniejszy wolny termin operacji finansowanej z NFZ wypadał dopiero w lutym. Pomyślałam jednak, że nie mam już nic do stracenia i uiściłam opłatę startową, tym samym wpisując się na listę startową dystansu 1/4 IRONMAN.
2 lutego zrobiłam ostatnie dłuższe wybieganie, by już kolejnego dnia stawić się w szpitalu. Operację kolana zaplanowaną miałam w tym samym dniu co mój kolega Rafał.
Co ciekawe, kilka miesięcy później również udało mi się go namówić na udział w poznańskim triathlonie (1/2 IM).
Po wyjściu ze szpitala od razu zaczęłam przygotowania. Zaraz po zdjęciu szwów udałam się na basen, który w lutym odwiedzałam kilka razy w tygodniu. Pod koniec marca dostałam przyzwolenie lekarza na bieganie oraz jazdę na rowerze. Musiałam zintensyfikować treningi, ponieważ do triathlonu wcale nie zostało dużo czasu. Pewnego dnia brat powiedział mi: „Aga... no trzeba to sobie powiedzieć wprost, biegasz za wolno!” Uświadomił mi wówczas, że nogi mają jeszcze spory zapas, a zwiększenie tempa siedzi jedynie w mojej głowie. Wzięłam to sobie do serca i zaczęłam przyspieszać. Pierwszy raz od 20 lat wsiadłam też na rower i jak się okazało przejechałam 20 km z tak niską prędkością, że zmieszczenie się w limicie czasu wyznaczonym w triathlonie byłoby niemożliwe. Od tej pory starałam się w każdym tygodniu robić minimum 3 treningi biegowe naprzemiennie z rowerem.
Pierwszy sprawdzian, triathlon w Lusowie, odbył się 15 czerwca... Pomimo moich obaw udało mi się przespać całą noc przed zawodami, by rankiem z bratem i kolegą Piotrem ruszyć do Lusowa. Po przybyciu na miejsce obleciał mnie strach czy podołam. Limit czasowy na pływanie (600 metrów) był dość ambitny – 15 minut. Do tego tuż przed startem okazało się, że obowiązuje zakaz używania pianek... Należę raczej do zmarzlaków, więc tym większe było zdenerwowanie. Weszłam do jeziora po kostki – woda była przerażająco zimna! Rozejrzałam się wokół, spora część zawodników miała profesjonalne stroje triathlonowe z orzełkiem oznaczające, że za chwilę będę ścigać się z kadrą Polski....
Start następował z wody, trzymając się pomostu. Ja siedziałam jednak na krawędzi, żeby nie marznąć już na wstępie. Gwizdek! Ruszamy. 80 osób płynęło na bardzo małej przestrzeni, więc łatwo sobie wyobrazić tą „kotłowaninę”. Szło mi całkiem nieźle – kraulem i momentami żabką, gdy zwłaszcza na zakrętach robiło się zbyt ciasno. Pod koniec ktoś chlapnął mi prosto w twarz jak brałam oddech, więc się zakrztusiłam i już ostatnie 100 metrów płynęłam żabką z wynurzoną głową starając się uspokoić oddech i nie kaszleć.

Dalej rower – jechałam na górskim, szło mi średnio. Mnóstwo osób mnie wyprzedziło, brat i Piotr zrobili mi „dubla”, ale ostatnia nie byłam ;) No i na koniec bieg, który już bez większych przygód udało mi się skończyć.

      
Co najważniejsze, zmieściłam się w limitach czasowych :) Ogromna satysfakcja i ogromne zmęczenie.
Po triathlonie w Lusowie stwierdziłam, że zdecydowanie muszę poprawić jazdę na rowerze!
30 czerwca – Stęszewski Bieg Przełajowy – mój debiut biegowy, który ukończyłam ze średnim tempem 5:32 min/km. Dla mnie to naprawdę duży sukces.
No i w końcu długo wyczekiwany LOTTO POZnań* Triathlon! 3 sierpnia – odprawa oraz zdanie rowerów, następnie nie do końca przespana noc, by wreszcie rano, o godz. 7:15 ponownie znaleźć się w strefie zmian. Dietę stosowałam wg wskazówek brata – węglowodany, głównie makarony już od piątku, w niedzielę rano tylko dwie kromki z dżemem i równo o 8:00 banan. Godzina 9:00, wystrzał z armaty i start z wody.

Wizja płynięcia 700 osób obok siebie była dla mnie z początku przerażająca, ale jak się okazało wcale nie było tak źle. Udało mi się pokonać dystans 950 metrów w całkiem niezłym czasie – 24:11 – i z wody wychodziłam na 482. miejscu. Rower był dla mnie koszmarem. Cały dystans lał deszcz, wbrew przewidywaniom meteorologów, zapowiadającym na cały dzień przeogromny skwar i bezchmurne niebo.

 
Miałam wrażenie, że wszyscy mnie wyprzedzili oraz że jadę dużo wolniej niż normalnie na treningach, gdzie średnią prędkość osiągałam zwykle w okolicy 23÷24 km/h. Okazało się jednak, że moja prędkość wynosiła ponad 25 km/h, co jest dla mnie ogromnym sukcesem tym bardziej, że jechałam na rowerze górskim, a nie szosowym tak jak zdecydowana większość zawodników… Bieganie poszło mi zdecydowanie najlepiej!


Wyprzedziłam ponad 60 osób i zrobiłam życiówkę na 10 km – średnie tempo 5:26 min/km! Ogółem zajęłam 537. miejsce w klasyfikacji generalnej, 47. wśród kobiet oraz 23. w swojej kategorii wiekowej.


Cała przygoda z  triathlonem była dla mnie ogromnym przeżyciem, wysiłkiem, mnóstwem wyrzeczeń, cierpliwości, pracy i przyniosła mi niespotykaną satysfakcję. Czy jeszcze kiedyś wystartuję? Tego nie wiem, ale jedno jest pewne –  nie przestanę trenować. Póki co nadszedł czas na wakacje :)
autor: Agnieszka Putowska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz