czwartek, 1 sierpnia 2013

Od amatora do biegacza - Tydzień motywacji z Night Runners

Dwa słowa wstępu zanim przeczytacie historie Marcina. Gdy go poznałem dopiero zaczynał swoja przygodę z bieganiem, ale już wtedy bił od niego entuzjazm. Złapał biegowego bakcyla i tak go trzyma już dobre kilka(naście) miesięcy. Co gorsza wciągnął w to dziewczynę;) Musicie wiedzieć ( tu uwaga do zaczynających biegać), że z czasem wszyscy Wasi znajomi będą się dzielili na tych których namówiliście do biegania i takich, którzy jeszcze nie odkryli tego sposobu spędzania czasu;)
Wracając do Marcina. Mam nadzieje, że się nie obrazi gdy to napisze, ale zaczynał z nadwagą. Zresztą to bardzo często pierwszy czynnik motywacyjny. Budzicie się rano i patrzycie w lustro albo wchodzicie na wagę i mówicie sobie STOP. Marcinowi udało się być konsekwentnym. Biegał regularnie, trenował tak ciężko, że nie tylko schudł, lecz także przebiegł Maraton w Krakowie z czasem poniżej 4 godzin w debiucie. Tyle wstępu. Zapraszam do przeczytania poniższego tekstu autorstwa Kariny Jankowskiej.
Przed Wami Marcin Jurga.


Początki
            - Zaczynałem biegać trzy lata temu. Od kwietnia do września wybiegałem może raz na dwa tygodnie. Robiłem maksymalnie po dwa kilometry i tylko raz przebiegłem pięć kilometrów. Stwierdziłem wówczas, że to nie dla mnie – wspomina trudne początki. - Pamiętam jak dziś, był czerwiec. Szykowałem się na wesele znajomej, spojrzałem w lustro i pomyślałem: ,,Jak ja wyglądam!?!’’. Mimo że regularnie ćwiczyłem i dwa razy w tygodniu grałem w koszykówkę, byłem po prostu gruby. Postanowiłem więcej się ruszać.
            Od tego zaczęła się prawdziwa przygoda z bieganiem. Początkowo nic nie wskazywało, że przerodzi się to w coś poważniejszego - w życiową pasję. Z czasem jednak coraz częściej i regularniej wybiegał z domu, pokonując coraz dłuższe odcinki. Nie miał nawet specjalnych butów do biegania. Biegał więc w trampkach. Do tego stosował dietę, która przyniosła spodziewane efekty i pozwalała mu biegać jeszcze więcej. Najczęściej wybierał trasę przez Kurzą Górę, którą pokonywał raz na dwa, trzy dni.


Krok do półmaratonu
Z każdym przebiegniętym kilometrem i zgubionym kilogramem kondycję miał coraz lepszą. Wtedy wpadł na pomysł, by wystartować w pierwszym półmaratonie.
- To było jakoś w sierpniu, a półmaraton w Kościanie był w listopadzie. Kupiłem sobie wtedy lepsze buty i oddychający strój do biegania. Któregoś dnia pomyślałem, że pobiegnę z Kościana do Nowego Dębca, wydawało mi się, że to strasznie daleko, więc poprosiłem moją dziewczynę Monikę, żeby po mnie podjechała. Nigdy przecież nie pokonałem kilkunastokilometrowego dystansu. W dobrym czasie dotarłem na miejsce, biegłem spokojnym tempem, ale byłem wykończony – przyznaje. Następnego dnia postanowił pobiec tę samą trasę do Nowego Dębca, ale wydłużając ją o blisko 4-kilometrowy odcinek do Gryżyny. – Czułem się fatalnie, zmęczenie było straszne, a nogi odmawiały mi posłuszeństwa, mimo to chciałem więcej.
Chcąc się upewnić, czy jest w stanie przebiec ponad 20-kilometrowy dystans, wyznaczył trasę z Sierakowa, przez Szczodrowo, Kokorzyn, Czarkowo, Gryżynę do Racotu. Udało mu się bez kłopotów pokonać 21-kilometrowy odcinek w czasie ponad 1:47:00. Cały ten czas biegał praktycznie bez żadnej rozgrzewki czy ćwiczeń rozciągających.

W czasie półmaratonu złapała go kolka, która trzymała aż do 8 km. Mimo to nie zrezygnował. Trasę ulicami Kościana pokonał w czasie 1:46:45. Tym samym ustanowił swój pierwszy rekord życiowy.


Kontuzje
            To nieodłączny element sportu. Pierwsza dopadła Marcina drugiego dnia Świąt Bożego Narodzenia. Był akurat na 23-kilometrze biegu.
            - Poczułem ból w nodze. Zrobiłem trzydniową przerwę, ale nadal po przebiegnięciu pięciu, sześciu kilometrów bolało. Postanowiłem iść do ortopedy, który stwierdził, że wszystko jest w porządku i kazał odpoczywać – przytacza. – Poprawy nie było, więc poszedłem do lekarza sportowego w Poznaniu, który orzekł, że mam zapalenie ciała Hoffa, czyli więzadła właściwego rzepki, zapisał zastrzyki i postraszył, że grozi mi artroskopia. Miałem wtedy przymusową pięciodniową przerwę w bieganiu. Niestety, nadal było to samo. Znajoma poradziła mi, żebym poszedł do zaprzyjaźnionego fizjoterapeuty. Dopiero on poradził mi, żebym przed bieganiem porozciągał się i w ciągu sześciu dni ból ustąpił. Od tego momentu zacząłem przywiązywać dużą wagę do ćwiczeń wzmacniających i rozciągających.
            Kolejna kontuzja przyplątała się w tym roku i to dwa tygodnie przed startem w półmaratonie w Poznaniu. Tym razem pojawił się punktowy ból w kolanie. Okazało się, że to stan zapalny. Mimo to, za zgodą lekarza, Marcin zdecydował się wystartować. Choć ból towarzyszył mu przez całą trasę, przebiegł ją o 3 minuty szybciej.
Zainwestował w skarpety dla biegaczy, które pomagają lepiej krążyć krwi w łydkach i stopach, wzmacniające opaski na uda, zegarek z GPS, który liczy tempo, przebiegnięte kilometry i puls. Ostatnio także w specjalistyczne buty, w których planuje przebiec kolejne tysiące kilometrów bez zbędnych obciążeń. 

Trening czyni mistrza
             Dziś kościaniak nie wyobraża sobie dnia bez treningu. Liczy się ruch i ilość przebiegniętych kilometrów. Tylko w tym roku przebiegł już ponad 1000 km. Codzienne bieganie tak weszło mu w krew, że nawet kiepska pogoda i mróz nie jest w stanie go zniechęcić do wyjścia z domu.
Właśnie dzięki bieganiu jest bardziej odporny i rzadziej choruje. Wszystkie treningi zamieszcza w serwisie Endomondo, który umożliwia rejestrowanie wszystkich aktywności, porównywanie wyników ze znajomymi i śledzenie postępów.
- Podczas treningów biegam szybko i w tempie narastającym, by przyzwyczaić organizm do wysiłku. Robię po 15, 19 kilometrów – wylicza, dodając, że po maratonie doszedł do wniosku, że musi popracować nad wzmocnieniem mięśni. - Dwa lub trzy razy w tygodniu chodzę więc na siłownię ogólnorozwojową. Ale nie pakuję na masę. Ćwiczę przez godzinę, a gdy nie mam czasu robię w domu pompki. Już widzę efekty po trzech tygodniach. Na stadionie robię trening interwałowy.
Wszystko po to, by spełnić kolejne marzenie i wystartować w 80-kilometrowym Biegu Rzeźnika w Bieszczadach. Trasa wiedzie bieszczadzkim czerwonym szlakiem z Komańczy przez Cisną, góry Jasło i Fereczata, Smerek i połoniny do Ustrzyk Górnych. Limit czasu wynosi 16 godzin. Prawo startu mają tylko pary. Marcin chce wystartować razem z koleżanką z Night Runnersów. To jednak plan dopiero na przyszły rok.
Dwa starty zaliczył jeszcze w czerwcu. We Wrocławiu pobiegł w odwołanym w I Nocnym Maratonie (tysiące biegaczy przebiegło trasę pomimo odwołania imprezy tuż przed starem), a w Stęszewie w III Biegu Przełajowym. W październiku chce zaliczyć maraton w Poznaniu, a w listopadzie kościański półmaraton. W kolejnych latach chciałby przebiec maratony w Pradze i Rzymie.
            - Bieganie stało się moją życiową pasją. Nie zależy mi na wyśrubowanych wynikach i wielkich osiągnięciach. Nie mam też ambicji zostać najlepszym maratończykiem w powiecie. Robię to dla siebie i jest to dla mnie świetna zabawa. Dzięki bieganiu czuję się lepiej i o to chodzi – konkluduje. 

Tekst: Karina Jankowska - "Gazeta Kościańska"

4 komentarze:

  1. Mam nadzieję, że kogoś jeszcze zmotywuję do biegania :) Makos, oczywiście, że się nie obrażę, przecież to wszystko prawda, a więc ludziska biegajcie, realizujcie swoje marzenia, niech bieg będzie Waszą pasją i stylem życia :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wielu z nas pewnie chętnie by zobaczyło zdjęcie przed i po :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratuluję wytrwałości :)
    Moja historia z bieganiem jest podobna. Ja zacząłem biegać po tym, jak lekarz zabronił mi powrotu do karate po operacji kręgosłupa. Chciałem zgubić kilogramy, bo bardzo się męczyłem ze swoją wagą, której dorobiłem się na chorobowym :(
    Zacząłem od swobodnego truchtu. Potem przypomniałem sobie o Biegu Transgranicznym, który odbywa się u nas dwa razy do roku i w którym zawsze chciałem wystartować. Więc biegałem więcej i dalej.
    W lutym kupiłem buty do biegania. W marcu tego roku zapisałem sie do klubu biegacza, żeby mi się raźniej biegało. I się zaczęło :)
    Od marca wystartowałem w 13. ćwierćmaratonach i jednym biegu na 15km w Karlinie.
    Zapisany jestem na mój pierwszy półmaraton, Półmaraton Gryfa w Szczecinie.
    Jest to sprawdzenie mojego organizmu na takim dystansie.
    Ale nie biegam, żeby być najlepszym, bo to już nie ten wiek. Biegam dla samego siebie i dobrego samopoczucia :)

    Pozdrawiam
    Marcin

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i to jest najważniejsze! Pasja i piękno biegania!

      Usuń