niedziela, 6 października 2013

Berlin zachodni i Berlin wschodni czyli 40. Maraton Berliński

Bieganie to taki sport, w którym każdy może poczuć się jak mistrz świata. Co więcej, każdy może rywalizować z najlepszymi zawodnikami na świecie, być częścią historycznych wydarzeń. Dzięki zapisaniu się na jubileuszowy, 40. Maraton Berliński, miałem okazję brać udział w maratonie, w którym padł nowy rekord świata! Miał to być mój drugi zagraniczny start, po półmaratonie w Londynie w 2011. Spodziewałem się świetnej atmosfery i niesamowitego doświadczenia. Ani trochę się nie zawiodłem.


Jeden z 6 World Marathon Majors, największych biegów na królewskim dystansie na świecie, obok Londynu, Chicago, Nowego Jorku, Bostonu i Tokio. Do tego płaska trasa, na której do tej pory padło 8 rekordów świata oraz szalona liczba kibiców – nietrudno pojąć więc, dlaczego zapisy, które rozpoczęły się 25 października 2012 o godzinie 12, skończyły się po, mniej więcej, 20 minutach. 40 tysięcy miejscówek rozeszło się jak ciepłe bułeczki i, po niespełna roku, przekonałem się, że było warto. Swoją drogą to pierwszy bieg, w którym podczas zapisów, w miejscu Klub wpisałem Night Runners.

Na bieg wybraliśmy się w sobotę. Po dotarciu do Berlina udaliśmy się prosto na expo, które swoim rozmiarem (kilka wielkich hal zlokalizowanych na starym lotnisku Tempelhof) dawało przedsmak rozmachu całej imprezy. Stoisk co niemiara, dobrze, że Kołcz Marcin czuwał nad moją manią zakupową. Odbiór pakietów zajął niemalże godzinę, na miejscu spotkaliśmy kilkoro znajomych z innych grup biegowych oraz Pawła i Michała z NR. Potem klasyczny makaron i do domku (dzięki Zosia!!). Na kolację jeszcze porcja frytek, ostatnie zakupy, przygotowanie sprzętu i lulu.

Pobudka o 5.30. W tym momencie nerwy zwyciężyły. Przed-maratonowy stres był chyba większy niż zazwyczaj (to był mój 4 maraton). Może dlatego, że pierwszy raz atakowałem konkretny wynik. Wszem i wobec rozpowiadałem, że celem było 3:29:xx. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że plan treningowy nie do końca był wykonany (do końca lipca przygotowywałem się do Maratonu Karkonoskiego). Dodatkowy stres powodowała moja lewa stopa, której ból zmusił mnie do kuśtykania na półmaratonie w Pile już od 8km. Stąd też mój nastrój dosyć minorowy, za co serdecznie zainteresowanych i 'doświadczonych nim' przepraszam.
30 minut metrem, kilka spacerem i przejęliśmy Anię, Marcina i Tomka, i ruszyliśmy do 'miasteczka' maratonowego. W uszach czadu dawał Motorhead oraz Prodigy, koncentracja rosła wraz z buzującą adrenaliną. Pożegnaliśmy się z kibicującą nam piękniejszą częścią wyprawy (dziękuję baaaardzo za nieocenioną pomoc!!) i marszem do strefy dla zawodników. Poszukiwania (oczywiście zapomniałem) Stoperanu oraz czegoś przeciwbólowego spełzły na niczym. W moim stanie psychicznym powodowało to jeszcze większe zdenerwowanie, jak się okazało, całkowicie bezpodstawnie. Oddaliśmy rzeczy do depozytu (brawa za organizację) i ruszyliśmy do stref (8 stref czasowych i 3 fale startowe), wcześniej życząc sobie powodzenia (każdy z nas startował z innej strefy). W międzyczasie dołączył do nas Adam z Gdańska (jak się okazuje kojarzył Prezesa ze zdjęć – co za niespodzianka ;) ), z którym miałem przyjemność biec przed ponad połowę dystansu.

O 8.45 Haile Gabreselasie, który tym razem pełnił rolę startera, sprawił, że u mnie, a pewnie i u czterdziestu tysięcy innych biegaczy, z prawie 120 krajów, puściły nerwy, a dowodzenie przejęła adrenalina. Zaczęliśmy. Przed biegiem chciałem próbować taktyki negative split, jednak zdecydowałem, że jednak jak najszybciej zbliżę się do docelowego tempa 4:58/km i tego chciałem się trzymać. Początek (przekroczyliśmy linię startu po 5 minutach od wystrzału), jak zwykle, upłynął na wyprzedzaniu i wyrabianiu pozycji, jednak już po 2km tempo zostało osiągnięte. Krążyły mity o gigantycznych tłumie i korkach na zakrętach. Faktycznie na zakrętach tempo lekko spadało, nie było jednak tragedii. Na 3km po raz pierwszy mijałem nasze kibicki. Biegło się naprawdę miło, co rusz zagadywaliśmy, bądź byliśmy zagadywani przez rodaków (z racji flagi i imienia na mojej koszulce). Na 10km pierwszy żel. Co najważniejsze, stopa się nie odzywała aż do 15km. Na 18km minął mnie Paweł, który startował 5 minut za mną, tempo szaleńcze. Mijajac mnie zapytał „Kim jesteś??”. Jak się okazało, zwycięzcami były, poza mną, jeszcze dwie całkowicie obce nam inne osoby, co potwierdziły odpowiedzią.

Połówka osiągnięta w 1:44, czyli w zakładanym czasie, dawała nadzieję. Niestety w tym momencie stopa mocno już dokazywała, ale wmawiałem sobie, że jest ok i nawet lekko przyspieszyliśmy. Kilka kilometrów później dogoniłem Pawła, któremu we znaki dawały się skurcze i w okolicach 25km musiał się zatrzymać. Mnie biegło się wciąż całkiem dobrze. Średnie tętno oscylowało w granicach 160, co w moim przypadku jest wynikiem naprawdę świetnym. I nadszedł moment, którego się obawiałem - niestety, na 27km musiałem zatrzymać się po raz pierwszy. Szybka akcja, ściągnięte buty, poprawiona skarpeta i do boju. Do 30km utrzymywałem tempo na 3:29. Wiadomo jednak, że maraton zaczyna się właśnie w tym momencie i...walkę tę przegrałem.

Do końca zatrzymywałem się jeszcze 3 razy, powtarzając całą operację. Już na tym straciłem ze 2 minuty, nie mówiąc o wybiciu z rytmu. Jednakże stopa nie dawała spokoju i było to (chyba) niezbędne. W każdym razie, plany czasowe wzięły w łeb. Cytując klasyka „koniec marzeń, koniec snów – tak żegnamy się z mistrzostwami”.

Cały czas chłonąłem jednak atmosferę, jaką tworzyła masa kibiców (spiker mówił o milionie!!!). Od początku biegu bawiłem się razem z kibicami, zagrzewałem do dopingu, przybijałem piątki – tak jak my potrzebujemy ich dopingu, tak oni cieszą się, gdy ktoś doceni ich wysiłek. Pamiętajcie o tym! Prym wiedli Duńczycy. Swoją drogą, w Danii chyba nikt nie został. W biegu brało ich udział ponad 6 tysięcy, a wzdłuż trasy pewnie ze 3 razy tyle.

Jednak to co miało miejsce na ostatnich kilku kilometrach przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Było tam ze 200 tysięcy kibiców. Po obu stronach trasy, szaleńczo dopingujących każdego biegacza. Mimo problemów parłem do przodu, chcąc osiągnąć jak najlepszy czas. Ostatnia długa prosta, ostatni zakręt i widać Bramę Brandenburską. Każdy wie, że na finiszu to co miało miejsce przez cały wyścig (czy to 42km czy 5km) się nie liczy, organizm sięga po ukryte głęboko pokłady sił, a człowiek leci jak na skrzydłach. Naprawdę czułem się jak mistrz świata, jakbym właśnie miał wygrać bieg maratoński na igrzyskach olimpijskich. Przed samą metą dwie trybuny z kibicami, a ja miałem wrażenie, że to tylko mi biją brawo. Musiałem im jakoś podziękować, dlatego zatrzymałem się, ściągnąłem czapkę i ukłoniłem w ich stronę. Chociaż tyle mogłem zrobić.

Kilka metrów za metą dowiedziałem się, że w tym samym biegu Wilson Kipsang ustanowił nowy rekord świata w maratonie. Ja swój rekord życiowy poprawiłem o 39 minut, kończąc bieg z czasem 3:37:29. Czego chcieć więcej?Mimo wszystko nie osiągnąłem założonego czasu. Chyba jednak zwyczajnie lubię przesadzać. Rok temu biegłem 4:16 z tętnem ponad 175. Teraz prawie 40 minut szybciej, ze średnim tętnem 162. Uczestniczyłem w jednym z największych wydarzeń biegowych na świecie. Tak, zdecydowanie nie ma co narzekać. 3:29 poczeka. Zresztą pewnie z nerwów nie może już wytrzymać, bo wie, że ja się tak łatwo nie poddam.

Bieg pozostanie na długo w mojej pamięci i szczerze go każdemu polecam. W 2014 system zapisów „kto pierwszy ten lepszy” zastąpi losowanie. Ja już się zarejestrowałem...


2 komentarze:

  1. Brawo Łukasz! Ech żałuję, że mogłam oglądać tylko w tv takie wydarzenie, bo nawet nie mogę sobie wyobrazić jakie emocje Wam towarzyszyły! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Poczułem te emocje ! Przypomniał mi się półmaraton berliński :) Stoczyłeś ładną walkę. Dzięki Łukasz !

    OdpowiedzUsuń