sobota, 12 października 2013

Caryca Biegów Górskich: Początek

Długo zastanawiałam się, co ma się znaleźć w mojej relacji. Czy powinna się ona ograniczać tylko do samego biegu, czy wypada wspomnieć też o motywacji do podejmowania takich wyzwań, a może dodać też coś o przygotowaniach? Wyszło na to, że jestem kobietą i z podejmowaniem decyzji to u mnie bywa różnie, więc postaram się napisać co nieco o wszystkim ;)

Pomysł na bieg ultra, powiem szczerze, zrodził się u mnie dość spontanicznie. Owszem od zawsze marzył mi się taki wyczyn, jednakże na pewno nie myślałam o tym roku. Jawił mi się raczej czymś, co może warto byłoby zrobić przed 30-stką.

Jednak jak widać czas zweryfikował moje plany i z 27 na 28 września, równo o północy, ruszyłam na trasę swojego pierwszego ultra maratonu. Stało się tak głównie za sprawą Kołcza ( czyt. Piotra), który rzucił pomysł na Bieg Rzeźnika za rok. Stwierdziłam więc, że może warto byłoby się przetestować przed czymś takim, dodatkowo usłyszałam że dwóch Night Runnersów - Dziki ( Wojciech) i Orzech (Piotr) wybierają się na BUT-a- Beskid Ultra Trial- była to pierwsza edycja tego biegu i rozgrywane były na nim aż 4 dystanse- 220km/150km- duży BUT 85km/55km- mały BUT. Dodatkowo start do nich odbywał się w 2 turach, co dawało możliwość wyboru dystansu w okolicach 40km. Początkowo dopuszczałam do myśli start tylko i wyłącznie na 55km. Jednak im bliżej było imprezy, tym śmielej myślałam o dłuższym dystansie - 85km. Zresztą krótka konsultacja z Kołczem tylko wzmocniła moje przekonania. Na linii startu stanęłam więc z myślą, że jeśli stawy nie będą boleć to lecę 85km. Z perspektywy czasu, pewnie gdybym wiedziała ile niespodzianek czeka mnie na trasie, to jeszcze parę razy bym się zastanowiła ;)

Przygotowanie do biegu były u mnie dość specyficzne, łączyłam je, bowiem, z treningami wioślarskimi, które miały mnie przygotować do Mistrzostw Polski i Akademickich Mistrzostw Europy. Polegały one głównie na sporym jak dla mnie kilometrażu wynoszącym od 70 do 110km tygodniowo. Ilość uzależniona była od intensywności treningów wioślarskich.

Patrząc jednak już na to wszystko na chłodno po biegu stwierdzam, że moje przygotowania zaczęły się dużo wcześniej, już 9 lat temu wraz z rozpoczęciem systematycznych treningów wioślarskich. Uważam, że w górach nie liczą się same wybiegane kilometry. Ważny jest też ogólny rozwój, stabilizacja i trening siłowy. Dlatego wszystkich zachęcam by dbali również o to.

Jako, że bieg odbywał się w Bielsku-Białej i start był w nocy, to nasz wyjazd rozpoczął się już w piątek rano o 5:30. Wspólna podróż autem jak zwykle minęła w atmosferze pełnej śmiechu. Około godziny 12 dojechaliśmy na miejsce noclegu, mieliśmy bowiem mały postój na wizytę u fryzjera - Dziki musiał przygotować się do biegu, ale myślę, że raczej nie wspomina tego zbyt dobrze.  W hotelu chwilę odpoczęliśmy po podróży i już koło godziny 14 wybraliśmy się na obiad - pizzę, małe zakupy i pojechaliśmy odebrać numery startowe. Jak się okazało nie zostały one nam wydane, gdyż nie mieliśmy przy sobie wymaganego wyposażenia na bieg. Szybko wróciliśmy więc do hotelu, wrzuciliśmy co trzeba do plecaków i znowu udaliśmy się do biura zawodów, lekko zdenerwowani że ucieka nam czas na popołudniową drzemkę. Tym razem na szczęście pakiety zostały wydane, dowiedzieliśmy się również, że odprawa została przesunięta na godzinę 20. Wróciliśmy do hotelu i czas do zebrania upłynął nam pod znakiem odpoczynku i prób zaśnięcia, mi nawet na chwilę się to udało, pomimo coraz większego zdenerwowania związanego ze startem.
Około godziny 19:30 znów pojawiliśmy się w okolicach biura zawodów, jednak jak się okazało odprawa została przeniesiona na godzinę 21, a później nawet na 21:30. Spędziliśmy zatem sporo czasu w oczekiwaniu na nią. U mnie zaczął pojawiać się w tym momencie coraz większy stres i strach, gdyż docierały do nas informacje o dużych problemach z oznakowaniem trasy dużego BUTa.  Zaczęłam się dość mocno zastanawiać, co ja tutaj robię skoro ci wszyscy doświadczeni ludzie mają tak duże problemy.

Na zebraniu zaczęto nas uspokajać, że nasza trasa jest lepiej oznakowana zwłaszcza na noc. No i tu muszę się zgodzić w nocy nie miałam żadnego problemu z oznakowaniem, jednak technologia użyta na noc kompletnie nie sprawdziła się w dzień, gdyż białe oznaczenia były momentami kompletnie niewidoczne. Poinformowano nas też, że na Przełęczy Salmopol pojawił się pierwszy śnieg, ja go jednak nie zauważyłam, ale trzeba przyznać, że był to najchłodniejszy odcinek biegu.

Po odprawie wróciliśmy do hotelu na ostatnie przygotowania. U mnie i u Dzikiego było widać ogromne podekscytowanie zmieszane ze strachem, Orzech był dość spokojny widać było, że to nie pierwsza jego tego typu impreza.

Czas startu zbliżał się jednak nieubłaganie, więc chwilę po 23 zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie i udaliśmy się na start. Najpierw wykonaliśmy krótką rozgrzewkę, gdyż temperatura była naprawdę niska i ciężko było rozstać się z cieplutką bluzą. Chwilę przed startem dostaliśmy jeszcze rozpiskę szlaków, która jak się potem okazało zawierała drobny błąd. Następnie ustawiliśmy się na linii startu chłopaki poszli na tyły, a ja się ciut zbuntowałam i stanęłam w środku jak się okazało była to jednak rozsądna decyzja.

Równo o północy wyruszyliśmy na trasę, nie posiadając tak naprawdę żadnego doświadczenia z takim dystansem postanowiłam zacząć tempem pozwalającym mi na komfort tlenowy i wymianę zdań z zawodnikami obok. Biegło się naprawdę świetnie, czułam moc i starałam się skupiać tylko na odcinkach od jednego punkt do kolejnego, a nie na całym dystansie, który wydawał mi się nadal dość abstrakcyjny. Na trasie szybko przekonałam się, że bieg w ciemności ma swoje duże plusy, nie widać jak wysoko muszę jeszcze się wspinać, a także, przynajmniej u mnie, powodował odważniejsze zbieganie. Pierwszy punkt żywieniowy znajdował się w okolicach 17km w Brennej jako, że w czasie biegu zjadłam już żel to porwałam tam ze sobą 2 ciastka oraz pół banana i poleciałam dalej w kierunku Ustroń Polana. Tam miał znajdować się kolejny punkt odżywczy, niestety jak się okazało była tylko woda plus izotonik. Spotkała mnie tam też jednak miła niespodzianka, dowiedziałam się, bowiem, że jestem pierwsza kobietą. Powiem szczerze, że mocno mnie to zaskoczyło i wcale się tego nie spodziewałam - byłam wręcz pewna, że przede mną jest masa osób, dlatego też w ramach upewnienia spytałam się Pana czy to nie są żarty.  Jednak nie były, dostałam też radę by uważać na następnym odcinku, bo jest dość ciężki. Tak więc, mocno zdziwiona, ale też zadowolona, ruszyłam dalej w kierunku Przełęczy Salmopol, gdzie oprócz punkt odżywczego był też moment wyboru dystansu. Na tym odcinku skorzystałam z porady by pokonać go ostrożnie - faktycznie było tam dość dużo pod górę, a do tego momentami podejścia były strome. Tempo jednak było nadal mocne, bo mimo tego, że dałam się wyprzedzić zawodnicze z Czech to nadal znajdowałam się w czubie. Na punkt teoretycznie znajdujący się na 40km, praktycznie na 44km, dotarłam po 5h 37min jako druga kobieta i dziesiąty zawodnik z około 20min przewagą nad 3 zawodniczką i ponad 1h nad 4. Na punkcie uzupełniłam bukłak, wzięłam żel i baton do plecaka „na potem”, a w rękę chwyciłam bułkę z serem, z którą ruszyłam dalej na trasę. Niestety na punkcie nie było wcześniej obiecywanej kawy ani coli, która w tamtym momencie by się przydała, gdyż brak snu dawał się już we znaki. Poza tym wymieniłam jeszcze parę słów z zawodnikiem, który towarzyszył mi przez sporo kilometrów, ale dalej zamierzał biec krótszą trasą. Dalej leciałam zupełnie sama, wszystko było ok, czułam się dobrze, nic mnie nie bolało, zdałam sobie sprawę że pokonałam pierwszy raz w życiu maraton bez kryzysu i mam siłę i chęci na więcej.
                                                        zdjęcie z fanpage organizatora*

Poruszałam się dalej dość mocnym tempem zgodnie z kolorami szlaków i oznaczeniami, wszystko szło lepiej niż mogłabym sobie wymarzyć. Owszem zmęczenie od czasu do czasu zaczynało się już pojawiać, w pewnym momencie wydawało mi się nawet, że na szlaku widzę matkę z kilkuletnim dzieckiem, co było naprawdę dziwne zwłaszcza, że dobiegała godzina 8. Po zbliżeniu okazało się jednak, że były to tylko dwa ułamane drzewa. Niezrażona tym biegłam dalej, lecz po czasie, coś przestało mi tu pasować, wydawało mi się, że szlak powinien już odbijać w inny. Stwierdziłam więc, że się zgubiłam, zastanawiające było jednak to że przecież cały czas widzę oznaczenia organizatora. Mimo to stwierdziłam, że zawrócę. W drodze powrotnej spotkałam jednego biegacza, który stwierdził że na pewno biegniemy dobrze, no bo przecież są oznaczenia, znów więc zmieniłam kierunek i pobiegliśmy chwilę razem, na szczęście towarzyszowi też przestało coś pasować. Padła decyzja, dzwonimy do organizatora. Niestety nie pomógł on za wiele, oprócz tego, że powiedział nam, iż oznaczenia na każdym dystansie są takie same i pewnie jesteśmy na innej trasie. Zaproponował też zejście z niej, o którym my nawet nie chcieliśmy słyszeć, no bo jak mając już tyle kilometrów po prostu zrezygnować, tak bez walki. Nie o tym nie mogło być mowy! Przecież moje motto mówi, że upór zwycięża wszystko. Poza tym wiedziałam, że mam spory zapas do limitu. Postanowiłam więc, że ukończę ten bieg za wszelką cenę.

Zaczęliśmy wracać, po drodze zgarniając inne zagubione osoby. W drodze powrotnej zadzwoniliśmy po raz kolejny do organizatora, tym razem dowiedzieliśmy się, że mamy wrócić pod Malinowską Skałę, bo tam zbiegają się dystanse. Jednak ta informacja to i tak było mało i wspólnie na podstawie mapy zaczęliśmy szukać naszej pomyłki. W końcu po jakiś 2,5h-3h błądzenia wróciliśmy na dobrą trasę. Niestety do kolejnego punktu mieliśmy ponad 10km, a nam brakowało picia, gdyż nikt z nas nie przewidział tylu dodatkowych godzin. Tu pojawił się u mnie pierwszy kryzys, wiedziałam już, że straciłam pozycje, czas i że zrobię dziś na pewno ponad 100km. Jednak dość szybko się z nim uporałam i poleciałam wraz z 2 mężczyznami w stronę Ostrego z myślą, że za niedługo się wreszcie najem i napiję.
                                                       zdjęcie z fanpage organizatora*

I tak też było na punkcie, na którym znajdował się makaron i herbata, które naprawdę mnie ucieszyły. Napełniłam też bukłak i w tym samym składzie ruszyłam dalej na Skrzyczne, gdzie niestety znów mieliśmy problem ze znalezieniem właściwej drogi i gdyby nie biegacz, który nas dogonił i wskazał trasę mogłoby być ciężko. Dalej lecieliśmy więc w cztery osoby szlakiem, który oznaczony był fatalnie, na samo Skrzyczne wdrapaliśmy się przedzierając przez krzewy. Na szczycie spotkaliśmy dwie zakonnice, które obiecały się za nas modlić i życzyły powodzenia, tym razem na szczęście to nie były żadne zwidy ;). Dalej udaliśmy się do Szczyrku i tu zaczął się u mnie pierwszy porządny kryzys. Strasznie zaczęłam odczuwać ból stóp, czułam, że mam sporo odcisków i jest już coś nie tak z paznokciem. Zbieg do Szczyrku był, więc dla mnie dość ciężki. Jednak nie poddałam się i udało mi się dotrzeć do kolejnego punktu, co nie było łatwe, gdyż znowu brakowało oznaczenia. Teoretycznie był to 66km praktycznie miałam już w nogach około 88km. Znów uzupełniłam bukłak i napiłam się wreszcie długo wyczekiwanej kawy, zjadłam też parę ciastek i wspólnie z towarzyszącym mi już od dłuższego czasu Andrzejem ( jak się okazuje miał on nawet swój epizod w gdańskim NR) ruszyliśmy w stronę Sanktuarium, a następnie do Bystrej Śląskiej, gdzie znajdował się ostatni punkt.
Po drodze spotkaliśmy też biegacza, który nie miał tyle szczęści co my i nie znalazł punktu w Szczyrku, wiedział już że zostanie zdyskwalifikowany postanowił on jednak biec dalej, za co go bardzo podziwiam. Lecieliśmy więc przez jakiś czas w 3 osoby w kierunku Szyndzielni . Mieliśmy jeszcze jakieś 12-13km do końca, jednak z poruszaniem się było coraz ciężej, miałam już ponad 100km w nogach i mięśnie zaczynały coraz bardziej odmawiać posłuszeństwa. Wiedziałam jednak, że na pewno się nie poddam, poza tym, co jakiś czas ktoś do mnie dzwonił (także Orzech, który obiecał mi McFlurry jak dobiegnę), dostawałam sporo bardzo motywujących smsów, co pomagało oderwać myśli od bólu. Ponadto Andrzej ciągle mi towarzyszył. I tak mijały kolejne kilometry.

Na około 3km przed metą poczułam jakiś nagły przypływ mocy i zaczęłam znowu coraz śmielej truchtać. Poczułam wielką radość, wiedziałam już, że dam radę, nawet, jeśli na końcu miałabym się czołgać. Na metę wpadłam po 17h 32min jako 30 zawodnik i 5 kobieta z uśmiechem na twarzy i Andrzejem, któremu naprawdę bardzo dziękuję. Czekali tam na mnie Orzech z Dzikim, którzy mieli dla mnie kurtę i zadbali o posiłek regeneracyjny, następnie zawieźli mnie do hotelu, a sami udali się do McDonalda, z którego przywieźli obiecane lody. Po dość obfitym posiłku i prysznicu wszyscy koło 20 zasnęliśmy, a w nocy słychać było tylko jęki, przy próbach zmiany pozycji. Następnego dnia rano wyruszyliśmy w podróż powrotną do Poznania, Orzech miał się całkiem dobrze, za to ja z Dzikim mieliśmy wyraźne problemy z poruszaniem się co było całkiem zabawne. Poza tym ból, który był naprawdę duży, jak dla mnie była naprawdę przyjemny. Nigdy wcześniej nie czułam się tak silna, jednocześnie będąc tak słaba ;).
Ogólnie rzecz biorąc bieg organizacyjnie okazał się naprawdę sporą porażką. Brak oznaczenia trasy, punkty odżywcze dość ubogie w stosunku do tych podawanych przed biegiem, brak medali na mecie. Jednak mimo to pozostanie mi na długo w pamięci, bo udowodniłam sobie, że jestem silniejsza niż myślałam. Ponadto pokazał mi, że mimo braku doświadczenia i młodego wieku mogę walczyć z naprawdę dobrymi zawodniczkami, a także dał dużego kopa do dalszego treningu, tak by na wiosnę znowu gdzieś wystartować będąc mocniejszą.

Oprócz tego,  po raz kolejny, zdałam sobie sprawę, że sport jest dla mnie całym życiem. Czymś, co pomaga mi stawać się lepszą, nie tylko w zawodach, ale i w całym życiu. Sprawia, że codzienne problemy stają się bardziej błahe i łatwiej im wszystkim stawiać czoła. Zmienia mnie, ale tylko na lepsze J

A na koniec jeszcze małe podziękowania dla wszystkich tych, którzy mnie wspierali i wierzyli, że dam radę. No i wykorzystam okazję, żeby podziękować rodzicom, którzy cały dzień się denerwowali.





Zdjęcia oznaczone * pochodzą z www.facebook.com/beskidyultratrail





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz