piątek, 18 października 2013

Jestem maratończykiem..

..tak po prostu, bez wykrzyczenia tego... Tak to czasem bywa w życiu, że to co postanowimy nie do końca udaje się zrealizować. Biegacz ma o tyle gorzej, że jest niezwykle ambitną kreaturą - jego życie składa się z wyzwań, te zaś są rozłożone na tygodnie, czasem miesiące. Wszystko to prowadzi do jednego konkretnego celu, którym zwykle jest jakiś ważny start. Dla jednych jest to 10 km, dla innych półmaraton lub maraton, a jeszcze inni popaprańcy szykują się do ultrabiegów.

Kiedy rok temu (albo jak kto woli 15 kg temu) postanowiłem, że zacznę biegać tak na serio, wytyczyłem sobie (a jak!) cel, którym był poznański 6 Półmaraton. Oczywiście zacząłem się do niego przygotowywać, czyli biegałem. Nie wiedziałem wówczas o bieganiu i trenowaniu tyle ile wiem teraz, więc musiało to wyglądać karkołomnie, ale cel osiągnąłem - dotarłem do mety po 2 godzinach i 17 minutach. Czułem się jak mistrz świata, kiedy wieszano mi medal ukończenia biegu na szyi. Było mroźno, tłoczno i chaotycznie, a mimo to był to najpiękniejszy dzień od dawien dawna. Kiedy pochwaliłem się tym na FB kolega pogratulował i zapytał "czy wiesz, co będzie następne?" - Miał na myśli oczywiście bieg na królewskim dystansie - Maraton.
                                        6. Poznań Półmaraton, 7.04.13
Od razu odpowiedziałem, że absolutnie nie wyobrażam sobie startu na tym dystansie w tym roku... może w kolejnym. I faktycznie, wszystko co robiłem od mojego pamiętnego debiutu w biegach ulicznych robiłem pod najwyżej dystans 21,097 km. Postanowiłem, że takim zwieńczeniem moich treningów będzie Półmaraton Pilski - impreza międzynarodowa o długoletniej tradycji. I wszystko zagrało - Piłę pokonałem 30 minut szybciej niż Poznań! Sił i przygotowań starczyło na jeszcze jeden półmaraton - w Zbąszyniu, w którym udało mi się urwać jeszcze 2 min do życiówki...

Gdzieś w międzyczasie, dokładnie nie pamiętam kiedy postanowiłem wystartować w maratonie poznańskim. Treningi pod Piłę powodowały, że czułem się wybornie, życiówki na 5 km, na 10 km i 21 km po prostu przychodziły, miałem poczucie coraz to większej mocy - nie było rzeczy niemożliwych.... To dlaczego miałbym nie pokonać maratonu?

Mimo tych zapędów podszedłem do wyzwania ostrożnie - założyłem czas realny, mianowicie 4h15min, czyli tempo ok 6:00'/km. Nie mniej, nie więcej. Chciałem przebiec , godnie zadebiutować, zobaczyć jak to jest po 30, 35 i 40 kilometrze biegu.
13 października o 9 rano stawiłem się na starcie biegu. Rozgrzany i przekonany, że za 4 godziny z kawałkiem będę na mecie celebrował sukces. Wszystko szło zgodnie z planem, tempo utrzymywałem w okolicach 6:00-5:45 co na półmetku dawało mi ok 3 min zapasu.
Biegłem ostrożnie, na punktach odżywczych piłem izotonik, pochłaniałem cukier i czekoladę :)... Kiedy tak sobie pomykałem w głowie miałem 1 obrazek - Ja finiszujący, meta, piękny medal... rozdygotane nogi, żonka z dumą w oczach... tak dobrze sobie to zwizualizowałem, że narastający ból kolana wypychałem ze świadomości. 
Na 27 kilometrze nie było to już możliwe - nie byłem w stanie biec, chodzenie też nie należało do czynności łatwych.

KONIEC. ALE JAK TO? 

Co się dzieje w głowie biegacza wie tylko on sam, kiedy ta wizualizacja siebie na mecie jest tak mocna, że żadna inna myśl nie jest w stanie jej przegonić. Zatrzymujący się koledzy z grupy biegowej Night Runners pytający czy wszystko ok? I moje krótkie (żeby ich nie zatrzymywać) "Tak, to tylko kolano, dam radę, dzięki... biegnij, walcz" - To wcale nie pomagało, poczucie porażki wydawało się co raz bardziej namacalne - oni nadal biegną, dają radę, kiedy ja zastanawiam się czy w ogóle kontynuować. Klamka zapadła... postanowiłem dojść do zajezdni tramwajowej i wrócić do domu. Wtedy spotkałem Jarka, który też kuśtykał na jedną nogę - zaczął mi opowiadać o swoim bieganiu, o berlińskim maratonie, który ukończył 2 tygodnie temu... o tym, że miał w poznańskim w ogóle nie startować, ale nakłonił kolegę do biegania i startu w maratonie i tak głupio było odpuścić... a także o tym, że nie przyznał się mamie, że biegnie, żeby ta się nie denerwowała i oczywiście, jak to w takich przypadkach bywa, akurat wysiadała z tramwaju w okolicach startu maratonu i zgadnijcie, kto na nią wpadł kierując się w stronę startu? Prawo Murphy'ego zadziałało ;)

I tak rozmawialiśmy spacerując trasą maratonu... Jarek chciał mnie przekonać, że takim tempem spokojnie dojdziemy w limicie czasowym... że jeżeli mogę iść to mam nie odpuszczać.
Biłem się z myślami, bo nie tak sobie to wyobrażałem. Celem było przebiec maraton, a nie przetrwać. I tak się zrobił 36 km.. czyli 6 do mety - Jarek ruszył lekkim truchtem, ja zaś lekko przyśpieszyłem marsz co paręset metrów zamieniając go w wolny bieg. Było ciężko zwłaszcza w głowie, powtórzę - nie tak sobie to wyobrażałem... Miałem poczucie walki bez sensu, celem w końcu było przebiec maraton, a nie medal na mecie (chociaż uwielbiam ten aspekt biegów ulicznych). Zaczęły docierać do mnie myśli, że to oszustwo, że tak nie powinno być w końcu to bieg maratoński, a nie marszobieg.

Kiedy podążałem aleją Mieszka I powyższe myśli ustępowały innym - dotrwam do końca, zrobię to dla siebie, a poza tym jakże cudnie będzie wyglądało łamanie życiówki w przyszłym roku, kiedy wynik poprawię o 1h30min :-) I tak, chcę dostać medal za ten trud, którego właśnie uświadczam! Później jeszcze przypomniało mi się o VOLVO - Dobiegnę i wygram ten pieprzony samochód, nie po to męczę się od 5h, żeby teraz odpuścić... o NIE. Ruszyłem, na ul. Poznańskiej już biegłem, w mękach ale jednak... Mickiewicza, bruk i pod górkę - nosz kurw*.... ale biegnę... pozostali kibice na trasie (było ich już mało...) na widok mojego zrywu zaczęli mnie dopingować "Dajesz Maciek!", "Jeszcze tylko 500m", "Lecisz NAJDER!". Ostatnia prosta, finisz, meta, koc termiczny, medal... czekająca, dumna partnerka... Cholera, w sumie tak jak sobie to wizualizowałem przed i w trakcie biegu. Dokładnie tak, tylko ponad godzinę później :)

Nie odpuściłem. Jestem upartym osłem. Drugi raz tego nie zrobię, bo trzeba wiedzieć kiedy odpuścić - szkoda zdrowia. Mam z tego niebywałą naukę, ogromne doświadczenie.

Dzisiaj siedzę z obolałymi nogami, plastrem rozgrzewającym na kolanie i planuję kolejny cykl treningowy pod - a jakże - maraton. Jeszcze nie wiem, czy będzie to warszawski Orlen, czy może łódzki Dbam o Zdrowie... a może Cracovia miesiąc później. Nie wiem. Wiem natomiast, że dołożę wszelkich starań, żeby ten kolejny królewski dystans przebiec pewnie, z uśmiechem na twarzy i życiówką na miarę moich możliwości.

3 komentarze:

  1. Gratuluję! Powodzenia realizacji kolejnych planów :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dokładnie taki sam scenariusz miałam w Berlinie dwa tygodnie wcześniej... kolano siadło, czego się spodziewałam, bo dokuczało już wcześniej... ale jak zrezygnować z maratonu, na który zapisałam się rok wcześniej? no jak? Z bólem, ale do mety. Uparci biegacze... do dziś nie jestem usatysfakcjonowana... ;) gratuluję! wiem dokładnie, co przeżyłeś!

    OdpowiedzUsuń