piątek, 11 października 2013

"Rzeczpospolita żyje" czyli górska 50-tka na Słowacji

W sumie napisanie tej relacji, to dobry moment, żeby się zastanowić, dlaczego biegam po górach. Biegam po górach, dzięki mojemu koledze Dawidowi Tkaczowi, który przekonał mnie, że warto spróbować. Że góry nie takie straszne i można tam naprawdę sporo się o sobie dowiedzieć. Więc raz spróbowałem i nie zamierzam przestawać.


A dlaczego Żilina, a nie bieg blisko w Polsce? Chyba zdecydowanie wolę uciec z naszego kraju w chwilę spokoju, do miejsc gdzie nie do końca najważniejsza jest rywalizacja i ściganie, a tak naprawdę delektowanie się górami i przy okazji robienie tego, co się kocha.

W Żilinie byłem 4 tygodnie wcześniej na 100km biegu po górach i strasznie przypadły mi te góry do gustu.
Bieg mało rozreklamowany, organizowany przez grupę pasjonatów, więc na starcie nie ma żadnych patrzących Ci do bukłaka zawodowców i innych kosmitów. 


Start o 6 rano z centrum Żiliny, wyjazd z domu o 3:00. Standardowo poranne śniadanie, naładowanie węglami i 2,5 godzinna wycieczka na Słowację samochodem. Niestety w przypadku biegów za granicą jest problem ze zrozumieniem opisu trasy (szczególnie, gdy niektóre momenty nie są oznaczone) a Słowacy myślą, że wszystko dla wszystkich jest jasne.

Na początku, rozdanie map i wpisowe 1 Euro, więc bieg praktycznie za darmo. Ruszamy, zabieram się z grupką pieszych, którzy pomagają dotrzeć mi na czerwony szlak. Po 3 km oddzielam się od grupy, słuchawki na uszy i sam na sam ze swoimi słabościami.

Droga na szlaku błotnista, pełno wody, buty się ślizgają, więc bez wsparcia kijów do Nordic Walking się nie obędzie. I już na początku kryzys. W sumie dochodzę do wniosku, że może być ciężko, bo nogi chyba są przemęczone startami w tym roku. Wdrapuje się pod pierwszą górę i zaczyna się zbieg. Łapie swoje tempo, przyspieszam, a oddech się wyrównuje. Niestety popełniam również pierwszy błąd nawigacyjny i tracę drogę, a mianowicie czerwony szlak. Na mapie wszystko wydaje się proste, czerwony-zielony-niebieski-czerwony, praktyka zawsze jednak to weryfikuje. Pobiegałem trochę w kółko, znalazłem drogę w dół i pędzę do asfaltowej drogi.

Dużym plusem tego biegu jest bardzo dokładna mapa, na której można znaleźć wszystkie główne drogi i szukać ratunku w przypadku stracenia szlaku. W mieście Zastrania, znajduje pierwszy punkt kontrolny K1. Szybko dostaję pieczątkę i biegnę dalej póki nogi jeszcze pracują bez zarzutu. Droga idzie pod górę, ale na szczęście asfaltem i jest dobrze oznaczona. Jedyną przeciwnością jest deszcz, który pada już od godziny i mgła, która zmniejsza widoczność.

Wybiegam z miasta na czerwony szlak, w kierunku punktu K2. Niestety ciuchy są już mokre, powoli zaczyna uchodzić ciepło z organizmu, więc jedynym sposobem jest przyspieszenie tempa. I tu niespodzianka, która czeka mnie na trasie. Na drodze znajduje się kilka miejsc, które miały być oznaczone, że zbiega się ze szlaku. Niestety obsługa (2 starszych panów) dopiero rozpoczyna znakowanie trasy. Pierwsze zejście ze szlaku znalazłem, drugiego już nie. Więc biegnę przekonany, że wszystko idzie po myśli, lecz niestety zaczynam biec nie tak jak to z mapy wynika. Po chwili wybieram ścięcie drogi polem, żeby dobiec do Dolnego Vadicova, w kierunku punktu K2. Jest miasto, jest Dolny Vadicov, jest 19km, jest dobrze.

Wbiegam na K2. Panowie się dopiero rozkładają. Szykują pieczątki, rozkładają stanowisko. Wpada napalony Polak, który chce szybko pieczątkę, a oni wszystko powoli, powoli. Jest zaliczony punkt, ruszam od razu szybko do góry, na punkcie jem batonika, zapijam colą i w górę. Panowie coś tłumaczą o zbieganiu ze szlaku. Jak zwykle, wybieram złą drogę i brnę w zaparte. Niestety szlaku jak nie było tak nie ma, więc zaczynam się lekko denerwować. Według kompasu zgadza się kierunek, więc pewnie wbiegnę na szlak.

Zbieg z górki i chcę zajrzeć na mapę. Niestety mapa wypadła mi z kieszonki w plecaku. Zaczyna się panika, bo bez mapy to jestem w d**** oraz nie mam zaliczonego biegu… Z powrotem, po 500 metrach jest i mapa, leżąca w błocie. Od razu przybywa sił i pozostaje biec po ścieżce w dół. Ponownie czytanie mapy to czynność ratująca mnie w tym biegu. Zbiegam do kolejnego miasta, gdzie z pomocą leśników (zgodnie z zasadą Polak, Słowak dwa bratanki), znajduję drogę na niebieski szlak. Przestaje padać, szlak w miarę czytelny, a wzniesienia nie dają się tak we znaki. Na trasie turyści, którzy się pytają, co to za bieg i jak idzie. To na Słowacji jest fenomenalne.

Jestem na czerwonym szlaku, tu już praktycznie większość drogi w dół, szlak w wielu miejscach łączy się z drogą rowerową, więc jest wreszcie część utwardzonej trasy. Powoli kończą się zapasy wody, 1,2l to dla mnie zdecydowanie za mało przy tak trudnym biegu, więc znów mogę coś poprawić na kolejny raz. Organizm już pracuje na najwyższych obrotach, to 27km a nogi są praktycznie jak nowe. Czuje radość bycia samemu w górach, gdzie zaczynam kontemplować i myśleć, że to jest to, co kocham. Gdy czujesz ten stan, nie czujesz, że w ogóle biegniesz czy się męczysz. Z zamyślenia wyciągają mnie granice miasta, w którym ma już być punkt K3. Jest i punkt K3. Okazuje się że K1 i K3 są w tym samym miejscu. Pytam się jak idzie? Czy ktoś był wcześniej? Okazuje się, że jestem pierwszy, a do mety około 8km.

Niestety popełniam mały błąd, korzystam z poczęstunku, którym jest chleb ze smalcem i cebulą. Takich frykasów warto unikać w trakcie wysiłku, bo organizm skupia się na biegu, a nie na takich sabotażach żywieniowych. Do mety będę czuł, że coś zalega na żołądku. Wybieram wariant trasy po betonie do centrum, a nie przez błoto. Czując, że to już końcówka, jeszcze przyspieszam. I tu jestem zaskoczony przebiegam 4km w tempie 4:10, co po 30km jest miłą niespodzianką.

Dobiegam do centrum Żiliny. Biegnie drogą facet usmarowany błotem, z kijami Nordic Walking wystającymi zza plecaka, z uśmiechem na twarzy. Zawsze zwraca to uwagę ludzi i ich zdziwienie.
Meta usytuowana w samym centrum miasta, już ją widać, więc demonstracyjnie jeszcze przyspieszam i wbiegam na metę. Jest zdziwienie organizatora, że już? Mam pokazać kartę, czy są wszystkie punkty. I są :)

Jest rekord trasy 5:02 minuty na dystansie 42km. I słyszę Słowaka mówiącego: „Rzeczpospolita żyje”
Jestem zadowolony. Tak szybko w tym roku jeszcze nie biegałem, a początek trasy tego nie zwiastował. Dostaję zimne słowackie piwo i koffole. Nie ma nagród ani medali, jest satysfakcja, jest dyplom na kartonie i to wszystko.


Czasem się zastanawiam, dlaczego decyduję się na udział w małych biegach górskich. Chyba podoba mi się ich nieprzewidywalność i prostota.  W tym roku w każdym takim starcie straciłem drogę lub miałem inną przygodę. Góry są bardziej wymagające, ale możesz w nich przeżyć to, czego nie dostarczy Ci żaden bieg na asfalcie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz