poniedziałek, 7 października 2013

Ultras pełną gębą

Spowiedź...

...jest 66 km... koniec biegu... wpadam na metę a wolontariuszka wiesza na mej szyi medal, co oznacza, że właśnie  ukończyłem bieg powyżej 50 km, który zaliczany jest jako niby ULTRA.. czas - 9 godzin 18 minut...
...tak było 12 miesięcy temu... Kiedy zbiegłem w 2012 roku do Piwnicznej Zdrój, wiedziałem już, że za rok wrócę i przebiegnę 100 km....
...po powrocie na niziny postanowiłem, że wszystkie biegi i starty będą tylko elementem przygotowującym mnie do zmierzenia się 7 września 2013 z tym dystansem, by w ten sposób stać się ULTRASEM PEŁNĄ GĘBĄJ
            Sztafeta NIGHT RUNNERS i wypisane na numerze startowym mocne postanowienie


Zacznijmy od początku...

...są ludzie, którzy do biegów górskich na długich dystansach są po prostu stworzeni - mają warunki fizyczne, predyspozycje, miejsce do trenowania itd. Ja żadnego z tych elementów nie posiadam... Myśląc o udziale w ultramaratonach, wiedziałem, że wszystko zależy od tego, jak sam zaplanuję treningi, jak dokładnie poznam swój organizm i jak go przygotuję do tego typu startów. Fakt że Poznań nie zachwyca ilością wzniesień, podbiegów i innych naturalnych trudności, z jakimi zmierzyć się trzeba na trasie górskich biegów dodatkowo mobilizował mnie do ciężkiej pracy.

Myśląc nad tym wszystkim rok temu... dowiedziałem się, że w maju 2013 roku zostanę... Ojcem. Pierwsza reakcja była taka: "koniec z bieganiem, treningami, wolnym czasem na długie wybiegania...", ale przecież wszystko można pogodzić... ( przecież człowiek dużo spać nie musiJ )

Organizm człowieka płata jednak czasem figle i ... tydzień przed biegiem cały wysiłek przygotowań mógł pójść na marne, bo chwyciło mnie mocne przeziębienie, które nie puszczało do 3 dni przed startem. Jeszcze wtedy czułem osłabienie i temperaturę…., ale już o tym nie myślałem, spakowałem auto i pojechaliśmy….

6.09.2013

Po godzinie 16.00 dojechałem do Krynicy Zdrój, gdzie czuło się atmosferę biegów już od samego wjazdu. Rozlokowałem się z rodziną w hotelu i poszliśmy odebrać mój pakiet startowy. Z hotelu mieliśmy piękne zejście, które już zmuszało do uruchomienia „czwórek” po to, by nie dokonać niekontrolowanego zbiegu z wózkiem dziecięcym. Na głównym deptaku Krynicy, gdzie znajdowało się BIURO ZAWODÓW, było morze ludzi, pomiędzy którymi przejść było bardzo trudno a przejechać wózkiem to już w ogóle nie lada wyczyn. Po parunastu minutach spaceru odebrałem pakiet... adrenalina, radość, strach... W  pakiecie była koszulka do biegania, pierdoły , chip biegowy (sic!... zagwozdka -  jak mam przyczepić zwykły chip do butów Salo…, które nie mają sznurowadeł?), no i mój numer startowy wielkości flagi narodowej ( po cholerę rozmiar XXXLLLL???)
         
                                                                   Biuro zawodów

Po godzinie 19:30 wszyscy uczestnicy stawili się na odprawę w hali sportowej, podczas której organizatorzy zaprezentowali i szczegółowo omówili całą trasę, jak również przekazali wiele ważnych informacji potrzebnych, by dobrze się zorganizować. Mówili o limitach czasowych, przepakach, oznaczeniach trasy… mówili, mówili, mówili... a ja siedziałem wśród tych wszystkich popaprańców i myślałem, że w końcu jestem wśród swoich! Że tak naprawdę nie jest dla mnie ważne, że ten pokona dystans w 11 godzin, a ten w 16, a jeszcze inny go w ogóle nie ukończy... Każdy z nas pojawił się w tym dniu w Krynicy, bo sam tego chce, bo jest to jego marzenie, bo wie, że to i tak dla nikogo nic nie znaczy… prócz dla nas samych. Po odprawie pożegnałem się z kumplami z Gliwic, których później spotkam na trasie i poszedłem spać do hotelu. Jednak przed snem podpisałem worki foliowe na przepaki:

Pierwszy – RYTRO 36 km, drugi - PIWNICZNA 66 km, trzeci -  MAŁA WIERCHOMLA 77km.

I teraz już nadszedł czas, by położyć się spać i wypocząć... choć w głowie kłębiło się milion myśli...

7.09.2013

Głęboka noc, zegarek wskazuje godzinę 2:00 – pobudka – mimo 3 godzin snu czuję się wyspany jak rzadko kiedy. Teraz czas na szybkie śniadanie (banan, kanapka i gorąca herbata). Ubrać się w cały ten ekwipunek to nie lada wyzwanie...  Nie mogę zapomnieć o magicznym SUDOKREM na wszystko, co może być narażone na odciski… Pożegnanie z Dziewczynami i czas ruszać na spotkanie z wielką przygodą.
Na linii startu byłem około 3:40. W odpowiednich samochodach zostawiłem moje worki na przepaki i schowałem się do ciepłego pomieszczenia, bo 4 stopnie na termometrze wyraźnie przypominały, że lato już za nami... Tam atmosfera już napięta, niektórzy rozgrzewający się przed biegiem, inni siedzący pod ścianą i będący w letargu. Ja stałem i myślałem o każdym metrze trasy, który mnie czeka, o tym, co znam z poprzedniego biegu i wyobrażałem sobie to, co znam tylko z mapy.
3:50 – to oznacza 10 minut do startu, stoimy już przed linią, rozgrzani i gotowi do biegu. 
                                                                     Chwila przed startem

Stoję gdzieś w okolicy piątego rzędu i nie wyrywam do przodu. Prowadzący konferansjerzy co chwilę próbują rozładować atmosferę, pytając uczestników, skąd przyjechali i tak umilają czas, słychać żarty… jednak mimo to w powietrzu czuć napięcie...

3…2…1 – BOOOMMM – wystrzał, ruszyliśmy ulicami Krynicy. Początek biegu, przed nami 100 km a czołówka wyparowała jak w biegu na 10 km. Na niektórych to się później zemści, a niektórzy po prostu przebiegną dystans w poniżej 10 godzin. Pierwsze 1,5 km po ulicach Krynicy biegnie się wyśmienicie, choć jest dość tłocznie. Niesamowity widok - wielka poświata czołówek opromieniła ulice Krynicy i z czasem zaczyna znikać na czerwony szlak, by wspinać się  z 550 n.p.m. na 750 n.p.m. przez 1,5 km i dalej zbiegiem na drogi gruntowe. Już wtedy wiedziałem że zbieganie się poprawiło, nie miałem problemu z żadnym hamowaniem, bo tego nie potrzebowałem – biegłem na tyle, na ile grawitacja pozwalała. Po 40 minutach przebiegliśmy przez asfaltowe drogi i rozpoczęliśmy zdobywanie pierwszego szczytu – Jaworzyny Krynickiej. Czekał nas podbieg na wysokość 1114 n.p.m., który - jak teraz sobie przypominam - nie był aż tak ciężki (choć pewnie wynikało to z dopiero rozpoczętego biegu, kiedy nogi były świeże, a umysły jasne). Po minięciu Jaworzyny Krynickiej rozpoczął się zbieg, który dawał spore szanse do nadrobienia czasu straconego na podejściu. Trasa była piękna, bez kamieni, a co ważne - wokół zaczynało już świtać i trasa stawała się coraz bardziej widoczna, co znacznie poprawiało komfort biegu. Na 14 km wbiegając na kolejny szczyt RUNEK moim oczom ukazał się przepiękny wschód słońca, na którego urok nie mogła oprzeć się większość zawodników...

Widok naprawdę niesamowity – każdy z uśmiechem pochłaniał go całym sobą… piękne słońce, chmury, góry... jednak było trzeba biec dalej do pierwszego punktu kontrolnego, który znajdował się w SCHRONISKU na ŁABOWSKIEJ HALI (1027 m n.p.m.). Do tego czasu zjadłem dwa żelki energetyczne oraz kapsułki z elektrolitami, popijając wodą. Zmęczenia nie było - 22 km pokonuję w czasie 2:26:55.
Po dolaniu do bukłaka wody i zjedzeniu banana spakowałem kije do plecaka, bo trochę hamowały mnie na zbiegach. Teraz czekało nas ostre bieganie do RYTRA. Jeszcze bieg na Wierch nad Kamieniem - 1082m.n.p.m  i z górki.

Na około 30 km, gdzie już widziałem Rytro, poczułem lekkie ukłucie z lewej strony prawego kolana. Pomyślałem, że to nic szczególnego, widocznie źle stawiałem nogę na zbiegach ...niestety ból odezwie się później na 90 km). Zbiegłem do Rytra dość ostrożnie, ale wiedziałem, że jeszcze trzeba przebiec prawie 3 km asfaltem, by odmeldować się na przepaku więc  tzw. ”rura”.  Minąłem mostek ciągnący się nad rzeką RYTRO, paru porannych kibiców i przez 3 km lekkim, ale ciągłym podbiegiem zmierzałem do przepaku. Wpadłem na niego po 4 godzinach i 10 minutach (limit 5:50). Odebrałem worek z pozostawionymi rzeczami i przepakowałem graty do plecaka. Będąc w tymi miejscu, spotkałem Wojtka Staszewskiego z  KANCELARII SPORTOWEJ STASZEWSCY, który biegł na  33 km oraz największego wariata biegowego z Gliwic - Burego.
                          
                                                Kawałek mnie i BURY...za 5 minut rozwalę Kijek :)

Wtedy pomyślałem, że Bury albo odpuszcza albo ja przesadziłem z tempem. Odpowiedzi wolałem nie znać, więc po wypiciu ciepłej herbaty ruszyliśmy dalej. Po drodze wykonałem pierwsze telefony, by poinformować o zaliczonym przepaku… Była mniej więcej godzina 8:20, wiec zadzwoniłem do Żony i do Marcina, który relacjonował wszystko na facebooku. Po moim tonie głosu wiedzieli, że wszystko jest ok i że biegnę dalej. Nieważne jest, co mówisz w takich biegach przez telefon, ale jak mówisz…. widocznie brzmiałem dobrze :). 

RYTRO – PIWNICZNA – 30 KM

Na kolejnym etapie biegu do pokonania było 30 km, by zmieścić się w limicie trzeba było  dotrzeć do kolejnego punktu kontrolnego przed upływem 9 godzin 50 minut. Czas zrobiony do Rytra dawał dobre prognozy, jednak teraz czekało mnie wielkie podejście do schroniska na HALI PRZEHYBA. (W sumie to czekało NAS, bo przez następne 30 km noga w nogę biegłem z BURYM). Na ósmym kilometrze z 420 m.n.p.m musieliśmy wskoczyć na 1150 m n.p.m. Gdy zbliżaliśmy się do walki z podejściem, postanowiłem wyjąć kije, by wspomóc swoje nogi... a tu… jeden z nich nie chciał się otworzyć, a tak naprawdę to po prostu się zepsuł.  By usunąć zbędny balast, wyrzuciłem go do ostatniego śmietnika przed podejściem i wspomagałem się już tylko jednym. W głowie pojawił się pomysł, że może Żona mogłaby kupić najtańsze kije i przywieźć je do Piwnicznej, jednak potem pomyślałem “Piepr7^%&ć to, taki los… stało się, trzeba sobie radzić”.

Na Halę wbiegamy po 6 godzinach 3 minutach. Pełni sił wypiliśmy po kubku herbaty, napełniliśmy bukłaki do pełna i ruszamy dalej. Do naszego duetu dołączył jeszcze Tomek z Gliwic i w trójkę pognaliśmy przed siebie. W międzyczasie przekazałem kolejną porcję wiadomości, telefonując do tych samych osób co wcześniej - do  Żony i Marcina. Zaczęło się robić gorąco... wiedzieliśmy, że wybiegając z Piwnicznej Zdrój, będziemy wychodzili w największy upał tego dnia. Jednak na pogodę nie mieliśmy wpływu, więc nie ma sensu się zastanawiać, co będzie...

Wbiegliśmy na Radziejową, potem Wielki Rogacz i Eliaszówkę. Na Eliaszówce dopadł mnie pierwszy mały kryzys... niby nogi działają, kolana nie bolą, ale jednak serducho wali jak oszalałe... Licznik pokazuje 58 km, a na trasie zaczyna się osiem kilometrów ostrych zbiegów - dość trudnych technicznie... przez kamienie, piach, płyty. Chwila zatrzymania. Spojrzenie na Burego, który nawet nie odczuł tych 58 kilometrów no i  DZIDA w DÓŁ!!! Na bardzo ostrych zbiegach już musiałem niestety hamować, mięśnie brzucha i pleców nie pozwalały, by lecieć w pełni sił. Do Piwnicznej na przepak wbiegamy po 8 godzinach i 55 minutach. Ponad 20 minut wcześniej niż rok temu, kiedy to kończyłem całą zabawę. A teraz zostaje jeszcze 34 km. Na przepaku posilamy się z Burym colą, herbatą i bananem. W przygotowanym worku miałem buty na zmianę i koszulkę, jednak z nich nie skorzystałem, bo stwierdziłem, że nie będę zmieniał tego, co się dobrze sprawdza na trasie. Wyruszyliśmy po 10 minutach, by ... rozpocząć moją masakrę…
                               
                                                                             Piwniczna  - 66 km

Piwniczna – Mała Wierchomla – 11 KM

Wychodzimy z Piwnicznej. Plecaki są pełne. Słońce wisi nad głową. Podejście zrobiło się niewiarygodnie ciężkie, a w mojej głowie pojawił się głos “PO CO CI TO? Skończ, daj sobie spokój, wrócisz za rok”. Bury widział, że coś się dzieje, ale oboje parliśmy do góry. To podejście było dla mnie jak wchodzenie na ruchome schody, które wiodą w dół. Stawiasz krok po kroku a tu nic, niby nogi nie bolą i wszystko jest dobrze, ale i tak się nie posuwasz ani o krok. W głowie zaczyna rozbrzmiewać Sonny Boy Williamson-"Keep it to Yourself". Jest ciężko, ale nikt nie mówił, że będzie lekko. Krok po kroku. Nagle podejście się skończyło i rozpoczął zbieg, który miał doprowadzić nas na kolejne podejście. Jeszcze zbiegać mogłem dobrze, więc chyba jednak nie było ze mną aż tak źle. Dobiegamy do Łomnicy Zdrój, gdzie  znowu trzeba było się wspinać. Tam zaczepiliśmy z Burym pewnego dżentelmena z dalekiego wschodu. Moja znajomość angielskiego w takim kryzysie okazała się niemal perfekcyjna, jednak mimo pogawędki trzeba było biec dalej.
73 km biegu... To już koniec- takie myśli migały w głowie... nogi odmawiały posłuszeństwa i nie chciały już napierać do przodu…. chciały stać w miejscu. Wszystko zaczęło mnie boleć. Bury zadał proste pytanie:
- Boli cie?
- Tak boli -
- A jak idziesz to cię boli?-
- Też.- potwierdziłem.
- TO ku#&$^A biegnij, będzie cię bolało, ale przynajmniej szybciej dobiegniesz.- usłyszałem...

No i  w sumie chłopczyna rację miał! Zacząłem biec po równym i zbiegać. Wbiegłem do Wierchomli Wielkiej. Do przepaku przy hotelu WIERCHOMLA dotarłem 50 minut przed limitem zamknięcia. Czas 11 godzin i 11 minut.  Wcześniej rozstałem się z Burym, by go nie hamować, a ja brnąłem dalej. Nie chciałem, by w przypadku mojego DSF, Bury także nie ukończył biegu. Zadzwoniłem do Żony i Marcina. Oni już wyczuli, że jest kryzys, ale swoją rozmową nie pozwolili zwątpić w to, co robię.
                                                                                   77 km

Wierchomla Wielka –Bacówka – 11 KM

Do ostatniego miejsca mierzenia czasu zostało 10 km, 50 minut rezerwy. Wyruszyłem z Wierchomli po paru minutach. Wychodząc, minąłem kilkaset metrów ze wzrokiem wbitym w asfalt. Kątem oka zobaczyłem ochroniarza, który wskazywał na stojący obok mnie taboret, a na nim... Dzbanek z kompotem wiśniowym. Wypiłem jeden kubek i wyruszyłem dalej. Mężczyzna przechodzący obok mnie szturchnął mnie łokciem i powiedział:
- Patrz to, my tam mamy wejść?!!, kur%^@$# co to ma być?

Podniosłem głowę i zobaczyłem wyciąg narciarski, na 2 kilometrach podejście z 580 m n.p.m. na 980 m n.p.m. . A  u mnie w głowie pojawiła się jedna melodia - Florence + The Machine - No Light, No Light. Czytając dalszą część tego tekstu, warto sobie puścić tę piosenkę w tle… więc chwilę poczekam.

Już? Ok. 

To wracamy na stok... Słońce paliło niemiłosiernie. W okolicy ani jednego drzewa. Pot spływa do oczu. Przede mną dwie osoby, za mną jedna. Krok po kroku wchodzimy. Dziewczyna za mną upadła, kije wyślizgnęły jej się z rąk, pomogłem jej się pozbierać i walczyłem dalej. Nade mną jeździły krzesełka wyciągu, gdzie ludzie machali i pozdrawiali, a ja widziałem tylko kamień po kamieniu. W pewnym momencie zrównałem się z Tomkiem, nie znałem go wcześniej, ale 2 minuty wspólnego podejścia i znajomość wydawała się być zdecydowanie dłuższa. Tomek z potężnie opuchniętym kolanem dawał radę i brnął mocno. Dotarliśmy na szczyt i później rozpoczęliśmy zbieg. Tomek stwierdził, że nie jest źle i warto biec. Pobiegliśmy. Mieliśmy 2 km piekielnie dobrego zbiegu…. nagle poczułem rozlewające się pęcherze po stopie. Jakbym wdepnął w miskę pełną wody. Niestety musiałem puścić Tomka dalej, a sam szybko usunąłem się na trawę, by opatrzyć stopy plastrami.  Zbiegłem do Szczawnika dość ostrożnie. Tam obsługa poinformowała mnie, że zostało 5 km do Bacówki i prawie 1h 40 min. do zamknięcia ostatniego przepaku. Wykalkulowałem, że już jest bardzo blisko, by osiągnąć cel, więc bardzo wolnym, stałym tempem posuwałem się do przodu. Miałem nawet myśl założenia słuchawek i posłuchania muzyki, ale jak zobaczyłem, jak poplątane są słuchawki to zrezygnowałem :). Mijały mnie grupy turystów i wtedy uświadomiłem sobie, że chyba źle wyglądam, skoro kobieta w wieku mojej matki powiedziała ”ojej, jaki ten Chłopiec zmęczony”. Jednak w mojej głowie już świtała nadzieja że się uda, że skończę ten bądź co bądź wymarzony cel na ten rok - 100 km. Chwilami nawet uśmiechałem się sam do siebie, myśląc o tym, co się właśnie dzieje. Na 88 km do Bacówki wpadłem po 13 godzinach i 30 minutach. Tam tylko uzupełnienie bukłaku, banan, żel, guarana i do przodu.

BACÓWKA – META w KRYNICY – 12 KM

Zostało dużo czasu. Wiem już, że tylko muszę podejść na RUMEK (1080 m n.p.m.) i potem podążać w dół. Wejście było ok, byłem sam na trasie, wokoło panował półmrok. W szybkim tempie osiągnąłem szczyt, gdzie spotkali mnie "weseli" panowie częstujący chmielowym trunkiem. Z ciężkim bólem odmówiłem i pobiegłem dalej…
I na tym koniec tej wesołej historii.

90 km. Ukłucie w kolanie i całkowite zesztywnienie. Niestety zamiast przyspieszać  musiałem powoli brnąć do mety. Robiło się coraz ciemniej i chłodniej. Na 95 km minąłem biegacza, który właśnie skręcił nogę i powoli kierował się w stronę mety. Ja już słyszałem Krynicę, konferansjera i kibiców. Z lasu po godzinie 19:00 wbiegłem na ulice Krynicy. Na tym etapie to już chyba tylko emocje, radość i energia z bliskiego sukcesu niosła mnie do mety. Minęliśmy parę osób, którzy gestem schylania głowy dawali nam do zrozumienia, że szanują i podziwiają to, co zrobiliśmy, że nie są to tylko bezmyślne oklaski a świadome uznanie.
                                        
                                                                                 Ostatnia prosta .....

META

Ostatnia prosta -  zegarek pokazuje 15 godzin 19 minut i 3 sekundy, kiedy przekraczam linię mety. Wbiegam na nią z dwoma innymi uczestnikami. Krzyczę z radości! Wśród kibiców widzę kolegów z Warszawy i moją żonę z córką. W mojej głowie panuje chaos. Mięśnie i ich ból są tłumione przez wszystko to, co się dzieje dookoła. Witam się z ludźmi, nie wiem co mówić. Dzwonię do Marcina i mówię mu, że to koniec i że nie wiem, co teraz robić…




POSTSCRIPTUM


Minęło parę dni…. już wiem, co robić….Przyszły ROK... i nowy cel:
Bieg 7 szczytów - 235 km.  to co? BIEGNIEMY?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz