piątek, 28 lutego 2014

Wbrew Obiegowej Opinii: Bo fantazja jest od tego...


Bieganie uważam za najprzyjemniejszą formę spędzania wolnego czasu i za najlepszy sposób na zmianę wszystkiego tego, co zmiany w naszym życiu wymaga. Pierwsze biegowe kroki robiłem samotnie, ale z czasem poznałem niezliczoną ilość fantastycznych ludzi. Większość z nich to Night Runnersi. Z niektórymi regularnie się widuję i wymieniamy serdeczności. Z niektórymi się zakolegowałem. W przypadku jeszcze innych być może w grę wchodzi już przyjaźń. Kocham bieganie, kocham Biegaczy i dlatego muszę napisać:


Biegacze, do kurwy nędzy, przestańcie zachowywać się jak debile!!!

Chodzi o łamanie zasad bezpieczeństwa w czasie poruszania się w biegu: w mieście, na ulicach, chodnikach, podmiejskich drogach czy na zabitej dechami wsi. Tak, jak w czasie biegu w sercach macie radość, tak rozsądek macie w dupie. Słabo się robi, gdy widzę Wasze zachowanie jako uczestników ruchu drogowego.

Słowem – kluczem do całego tego wywodu będzie słowo „wyobraźnia”.

Na początek wyobraźcie sobie Biegaczkę. Zaganiana w tygodniu, czasu starcza tylko na szybkie przebieżki. Długie wybieganie może zrobić w weekend, wieczorem, gdy dziecko już śpi. Jest sobota, godzina 21: 00, wkłada ciuchy, na uszy słuchawki z motywującą muzą – rusza na dwudziestokilometrowe wybieganie po Warszawie, Poznaniu czy Żychlinie. Widzicie ją? Żeby wyobrazić ją sobie lepiej, nadajcie jej imię. Albo jeszcze lepiej: wstawcie w to wyobrażenie osobę, którą dobrze znacie. Waszą koleżankę. Widzicie już?

Przyjrzyjmy się jej bliżej: wybiega z domu. Jest ciemno. Nie rozgląda się na boki, bo i tak nic nie widać. Siąpi deszcz, pochyla głowę, żeby nie kapało wprost na twarz. W uszach głośno puszczona muzyka – z pietyzmem przygotowana energetyczna playlista. Biegnie już godzinę. Po godzinie biegu w tempie aerobowym zaczynają się wydzielać różne przyjemne substancje. Endorfiny sprawiają, że chce się przyspieszyć, uśmiechnąć, tuptać w rytm nowego kawałka Macklemore&Lewis. Fajny obrazek, nie? Biegnie, patrzy pod nogi, słucha muzy, jest na haju biegacza – każdemu z nas się to zdarza.

Mamy już Biegaczkę, teraz wyobraźcie sobie innego uczestnika ruchu drogowego:

Z jakiegoś powodu musicie wezwać taksówkę. Wsiadacie do zamówionego samochodu, ale Taksówkarz zamiast spytać: „dokąd jedziemy?”, mówi: „chętnie zawiozę, ale najpierw muszę uprzedzić, że jestem ślepy, głuchy, a przed wejściem do samochodu chlapnąłem trzy albo cztery piwka”. Szok? Co robicie? Posłusznie siedzicie i liczycie na to, że jakoś dojedziecie? Wzywacie policję, żeby kazała Taksówkarzowi dmuchać w alkomat? Wysiadacie trzaskając drzwiami?

A teraz pytanie: czym się różni ten Taksówkarz od Biegaczki? Poza tym, że taksówkarz jest do bólu szczery, niczym. Oboje są ślepi, głusi i pijani. I oboje włączają się do ruchu drogowego mimo swojego oczywistego przytępienia.

Jeśli jesteśmy gotowi powiedzieć „wieczne potępienie dla taksówkarza, sąd grodzki, zabrać mu prawo jazdy”, to żeby być uczciwym, musimy też powiedzieć: „spieprzaj Biegaczko do domu! Nie biegaj w takim stanie po ulicach!”.

Poczucie szczęścia, które przepełnia nas z racji wykonywanej aktywności fizycznej, w żaden sposób nie uzasadnia tego, że mamy gdzieś panujące na drodze zasady. Na drodze przede wszystkim należy być czujnym. Musimy widzieć i słyszeć to, co dzieje się dookoła. Musimy zawsze mieć czas na reakcję.

Zostawmy na chwilę naszą naćpaną Biegaczkę. Przyjrzyjmy się okolicznościom, w jakich przychodzi jej biegać:

Żyjemy w kraju, który jest absolutnym liderem Unii Europejskiej pod względem ilości wypadków i liczby ofiar na drogach. Żyjemy w kraju, w którym wsiadanie na kierownicę po paru głębszych jest częstą praktyką. Żyjemy w kraju, w którym żółte światło oznacza „gaz do dechy”, a przed palącą się strzałką warunkowego skrętu w prawo zatrzymuje się nieznaczny procent kierowców. Żyjemy w kraju, w którym przekraczanie dozwolonej prędkości to narodowe hobby.
A przede wszystkim żyjemy w kraju, w którym większość kierowców jeździ „szybko, ale bezpiecznie”. Większej bredni chyba w życiu nie słyszałem. No, może słyszałem, ale nie o Macierewiczu tu mowa, tylko o biegaczach i ich bezpieczeństwie. „Szybko, ale bezpiecznie” to można przelecieć osobę tej samej płci – istnieje znikome prawdopodobieństwo wpadki. Na drodze te słowa nie łączą się, są przeciwstawne. Albo jedziesz szybko albo bezpiecznie.

Kolejny raz uruchamiamy wyobraźnię: do przejścia dla pieszych dojeżdżają dwa samochody. W pierwszym siedzę ja – zwykły, statystyczny polski kierowca. Bez większej historii wypadkowo-kolizyjnej. Identycznym samochodem drugim pasem jedzie Sebastian Vettel. Jakieś 40 metrów przed nami na pasy wbiega znana z wcześniejszych akapitów naćpana Biegaczka. Nie rozejrzała się na boki, nie wie, że w jej stronę jadą dwa samochody.

Co, oprócz doświadczenia i umiejętności, różni mnie od Vettela? Ano to, że ja jadę przepisową prędkością 50 km/h, a on zasuwa 100 km/h. Ja jadę zgodnie z przepisami, on jedzie „szybko, ale bezpiecznie”. W końcu może sobie na to pozwolić, jest czterokrotnym mistrzem F1!
Co się dzieje? Zarówno ja, jak i mój nowy kolega Sebastian, wciskamy hamulec. Przy mojej prędkości droga hamowania wynosi ok. 30 metrów. Spoko, mam czas na reakcję. Jednak droga hamowania Vettela wynosi grubo ok. 90 metrów. Czyli: ja zatrzymam swój samochód 10 metrów przed Biegaczką. Sebastian zatrzyma się 50 metrów za jej zmasakrowanym ciałem. Gdy będzie brał ją na maskę lub zderzak, wciąż będzie miał na liczniku grubo powyżej 50 km/h. W świetle badań i statystyk oznacza to, że na 90% Biegaczka poniesie śmierć na miejscu.

Owszem, Vettel jest genialnym kierowcą i może zdąży na czas odbić w bok. Ale co jest z boku? Może walnie we mnie? Może odbije w drugą stronę? Może jest tam rów i drzewo i Sebastian skończy opatulony pasami i poduszkami powietrznymi? A może jest tam przystanek, na którym czeka kilkanaście osób? A może Biegaczka nie biegła sama, tylko w grupie wracała ze spotkania NR i za nią biegło kilka innych osób? Wasza wyobraźnia już trochę się nagimnastykowała, więc śmiało, wyobraźcie sobie, co jest z boku. A może jeszcze Wasza matka siedzi z tyłu?

Jeszcze jeden aspekt całej tej mrocznej historii – wyobraźcie sobie, że Biegaczka niedawno zaczęła swoją przygodę z bieganiem. Że rozpoczęła ją z powodu swojej nadwagi. Że zawsze wstydziła się dodatkowych kilogramów. I gdy jej koleżanki nosiły krótkie kolorowe spódniczki, ona zakładała czarne spodnie. Bo czarny wyszczupla. I być może to było kluczowe kryterium doboru ciuchów biegowych – kupię czarne, w czarnym mi do twarzy. I biegnie. I wybiega z ciemnego parku na nieoświetlone przejście dla pieszych. I nie daje kierowcom żadnej szansy, żeby ją dostrzegli…

Nie możecie być jak ninja. Wojownicy ninja to historia z dawnej Japonii. Jedyne, co im groziło, to zderzenie się ze spóźnionym dostawcą sushi biegnącym po paru kielichach sake. Wojownikowi ninja w Polsce roku 2014 grozi zderzenie z jadącym „szybko, ale bezpiecznie” kierowcą. I nie będzie to skupiony na trasie mistrz Sebastian Vettel. To będzie Jan Kowalski. Gadający przez telefon, zmieniający utwór w smartfonie, palący papierosa, spieszący się do Tesco, bo zaraz zamykają. Całkiem możliwe, że będzie pijany. Albo skacowany po wczoraj. W przytaczanie statystyk dotyczących pijaństwa już nie będę się bawił – dobrze je znacie.

Kiedyś z koleżanką biegłem na spotkanie Night Runners. Nie podnosząc wzroku z chodnika wbiegła na przejście dla pieszych. Na całe szczęście nic akurat nic nie nadjeżdżało. Spytałem ją, dlaczego nawet nie spojrzała w bok. Odpowiedziała, że przecież na pasach ma pierwszeństwo. No i ma rację. I leżąc miesiącami w szpitalu mogłaby sobie bez końca powtarzać: „przecież miałam pierwszeństwo… Przecież miałam pierwszeństwo…”

Wszystko, co najgorsze zdarza się, gdy ululany Biegacz spotka się z ululanym kierowcą. Suma tych dwóch osobowości to gotowy wzór na tragedię.

Słowa „wypadek” i „przypadek” ładnie się ze sobą rymują. Wypadki nie zdarzają się wtedy, gdy jesteśmy na nie przygotowani. Wypadki są przypadkowe. Przytrafiają się wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy.

Jakie jest prawdopodobieństwo tego, że wbiegając na zielonym świetle na przejście dla pieszych trafimy na kierowcę, który spojrzał tylko kątem oka na zieloną strzałkę, a następnie błyskawicznie przeniósł wzrok na lewą stronę, żeby sprawdzić, czy nic nie nadjeżdża? Załóżmy, że jeden na tysiąc. Małe, nie? Ale oznacza to, że jeśli biegamy trzy razy w tygodniu, a podczas każdego wybiegania pokonujemy pięć razy skrzyżowanie ze światłami, to w czasie najbliższych piętnastu miesięcy staniemy się ofiarami wypadku. Wyobraźcie sobie: biegacz poruszający się w tempie 6min/km biegnie z prędkością 10km/h. Wbiega pod samochód jadący z prędkością 30 km/h. Co wyniknie z takiego zderzenia? Przypomnijcie sobie przykre doświadczenie ze swojego życia. Złamaną rękę, skręconą kostkę albo otrzymanie ciosu w czasie szkolnej bójki. Pomnóżcie to razy dziesięć. Co czujecie? Wyobraźnia pracuje?

Biegacz – nawet, jeśli ma świętą rację, nawet, jeśli stoi za nim prawo i nawet, jeśli po wypadku dostanie duże odszkodowanie – zawsze stoi na straconej pozycji. Nie zatrzymają go pasy, siły uderzenia nie wezmą na siebie poduszki powietrzne. Stanie się tylko workiem mięsa z olbrzymią prędkością rzuconym o asfalt. Niczym więcej.

Co zrobić, żeby biegać i przeżyć?

Nikomu nie ufać. Nie ufać prawu, nie ufać kierowcom, nie ufać innym biegaczom. Podnieść głowę, wyjąć muzę z uszu i skupiać się. Ze słuchawkami na uszach nie usłyszycie klaksonu, pisku opon, ryku silnika. Jeśli biegniecie po zmroku w parku, to nie usłyszycie zbliżającego się napastnika. Nie będziecie mieli ani ułamka sekundy, żeby wydać z siebie choćby cichy pisk.
Rozglądajcie się. Każde skrzyżowanie musi być analizowane na nowo. Każde skrzyżowanie, każdy manewr, to zupełnie nowa historia. Niczego nie robić na pamięć. Każde sytuacja drogowa musi być rozpatrywana od nowa, z trzeźwym umysłem. Fakt, że uważnie przebiegliśmy poprzednie dziesięć skrzyżowań w żaden sposób nie usprawiedliwia tego, że olejemy wbiegnięcie na jedenaste.

Gdy zbliżamy się do skrzyżowania, musimy się rozejrzeć. Jedzie samochód? Nawiążcie kontakt wzrokowy z kierowcą. Upewnijcie się, że Was widzi, że zaczyna hamować. Przed pasami zwolnijcie. Miejcie zawsze parę metrów przestrzeni, by – w razie konieczności – mieć, gdzie wyhamować. W każdej chwili musicie być gotowi do zatrzymania się.

Jeśli biegniecie w grupie, nie ufajcie tym, którzy biegną przed Wami. Znam to z doświadczenia. Oni nie myślą o grupie. Oni ledwo myślą o sobie. Pierwszy wbiega na zielonym, drugi i trzeci na migającym zielonym. Ty wbiegniesz już na czerwonym. Bieganie w grupie otumania, podświadomie zakładamy, że w grupie nic nam nie grozi, że jak pierwszemu się udało, to uda się każdemu następnemu. Zwalniamy się z odpowiedzialności, przestajemy być czujni, nie czujemy konieczności rozejrzenia się. A prawda jest taka, że druga osoba jest 10% mniej czujna niż pierwsza. Trzecia 10% mniej czujna niż druga. I tak dalej. Prosta kalkulacja, trochę wyobraźni i pojawia się prosty wniosek: ostatnia osoba w grupie kompletnie nie zdaje sobie sprawy, że wbiega na ulicę.

No i na koniec: świećcie się! Macie się świecić jak pieprzone choinki. Jak dom Griswoldów. Większość ciuchów i butów biegowych ma elementy odblaskowe – upewnijcie się, że Wasze również. Na spotkaniach Night Runners dostajecie od koordynatorów odblaski, które można zaczepić na ramieniu bądź kostce. W sklepach można też za kilkanaście złotych dostać opaski z migającymi diodami.

Aga - warszawska Night Runnerka, autorka bloga Run&Fun


I tyle. Używajcie wyobraźni. Żadna filozofia.

Mam nadzieję, że na kolejnym spotkaniu biegowym znowu zobaczymy się w dobrym zdrowiu i w pełnym składzie.

Kocham wszystkich Biegaczy.

Na zawsze Wasz

3 komentarze: