środa, 5 listopada 2014

I Cracovia Półmaraton Królewski


Niedzielny poranek, tłoczno w tramwaju jadącym do centrum. Rzut oka w bok i uśmiech nieznajomego, błysk w oku, które prowadzi mój wzrok w kierunku białego worka, takiego samego jak mój. Odpowiedziałam uśmiechem: porozumienie bez słów. Wysiądziemy na tym samym przystanku, pójdziemy w tym samym kierunku, ale pewnie się nie spotkamy w tłumie prawie czterech tysięcy osób, w wąsko zakreślonych białą taśmą blokach startowych.
Myśl o „godzinie zero” wywołała zastrzyk adrenaliny.
To nie będzie mój pierwszy start w zorganizowanym biegu, to nie będzie mój pierwszy przebiegnęty dystans półmaratonu...ale będzie to wyjątkowe doświadczenie pod kilkoma względami, z istnienia których w tamtej chwili, idąc w niewyraźnym i wilgotnym powietrzu – nie zdawałam sobie sprawy.

Spotkaliśmy się w Non Iron niewielkim klimatycznym pubie, zlokalizowanym niemal przy Rynku, który – dzięki swojej Właścicielce – stał się na ten dzień „szatnią” grupy Pozytywnie Zakręconych Fanatyków Biegania, czyli krakowskiego oddziału Night Runners.
Herbata - jeszcze w wersji oficjalnej z sokiem, napoje dodające energii, banany, żurawina i czekolada, pospieszna  zmiana stroju na biegowy, kolejka do toalety, gęstniejący wewnątrz lokalu tłumek Osób w Charakterystycznych Koszuklach
i wspólne fotosesje: tradycyjnie już, jak przed kazdym startem, przed każdym z dwóch cotygodniowych spotkań. 
Street Fota : To my ;)

I również – jak przed każdym wspólnym biegiem – rozgrzewka.

Justyna i tym razem zrobiła to bardzo profesjonalnie: tak, że część niestowarzyszonych w NR biegaczy potraktowała ją jak dedykowaną właśnie dla nich;) Z wysokości marmurowej ławki, w miejscu, gdzie zwykle parkują w Rynku dorożki – Trenerka Trzcionka wydając donośnym głosem polecenia, poprawiła znacznie krążenie
w zamarzających dłoniach i stopach.



Justyna:
Warto urwać się ze swoich ulubionych zajęć na studiach, warto nie wypić swojej ulubionej porannej kawy, warto wstać zaraz po wschodzie słońca. Wszystko po to, aby to przeżyć. Po to, by przebiec swój pierwszy półmaraton.
Kraków spowity mgłą (darujmy sobie smog), nieco chłodny i rześki. Podekscytowani amatorzy biegania przygotowujący się do startu, depozyt, banany, żele, ostatni łyk wody…
Czas na rozgrzewkę. Ku mojemu zaskoczeniu dołączyło do niej spore grono biegaczy na Rynku Głównym w Krakowie. [bliss & glory :D]
Ekipa Night Runners była zacnie spora - dzięki koszulkom byliśmy łatwo rozpoznawalni i kojarzeni z grupą “nocnych biegaczy w żółtych wdziankach”.

Podczas samego biegu masz w głowie wiele myśli. Miesza się temat niedzielnego obiadu z następnym planowanym biegiem i podsumowaniem swoich dotychczasowych osiągnięć. Po roku biegania przebiec półmaraton! Nawet by mi się to nie śniło, a sny potrafię mieć wszelakie.  
A cała przygoda z Night Runners zaczęła się 17 lutego 2014 roku. Pamiętam jak dziś, dzień wcześniej kupiłam swoje nowe Asicsy i chciałam je przetestować. Obecnie nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez NR. Bo to nie tylko bieganie jako trening, nie tylko odpowiedzialność bycia koordynatorem, ale też piękne przyjaźnie z nadzieją na całe życie. Teraz tworzymy świetny team, co można zobaczyć na zawodach - w tym przypadku na krakowskim Półmaratonie.

A co, gdy już biegniesz? Trasa wiedzie między innymi przez moje ukochane Stare Miasto. To cudowne znaleźć się w ulubionych miejscach przebierając nogami! Podczas biegu pokazujesz swój prawdziwy temperament. Biegniesz dla wyniku czy dla zabawy? Motywów jest wiele ale każdy z nich jest dla ciebie najważniejszy - bo robisz coś dla siebie. Bo pokonujesz swoje słabości. Nie rób tego na pokaz, żyj w zgodzie ze sobą. Bo na tym polega pasja. Spełniaj się. Nieważne jak, ale bądź szczęśliwy.

Już na Alejach i Plantach można było spotkać pierwszych kibicujących znajomych. Punkty które najbardziej zapadły mi w pamięć to 10km na Rondzie (Na 10 km nawet banany smakują inaczej! :D), 15stka na Rynku Głównym i pan komentator wołający “Trzcionkaaaa jedziesz” … uśmiech sam namalował się na twarzy! Potem 19stka - czuć było lekkie zmęczenie, trochę chłodu w stawach. Ale gdy widzisz to magiczne 20 wymalowane na asfalcie...myślisz - serio! biegnę swój pierwszy w życiu półmaraton. Biegniesz!!!

Radość po przebiegnięciu linii mety zdecydowanie nie jest możliwa do opisania słowami. To się czuje… I  to takie uczucie, gdy zupełnie nie wiesz co powiedzieć, uśmiech nie znika z twarzy, a serce jest tak radosne! To takie uczucie że masz ochotę wyściskać wszystkich swoich najbliższych i wykrzyczeć całemu światu jak jest wspaniale. Łzy nie są objawem bólu - to oznaka radości, niesamowitych emocji towarzyszących podczas całego biegu. I ta chwila gdy medal zawieszony na szyi ciągnie do przodu, a koc termiczny otula jak miękka puchowa kołdra.
I nagle pojawia się ta żółta ekipa w koszulkach z biegnącym księżycowym ludzikiem. Czy można chcieć więcej?
Sam moment startu faktycznie dla każdego z nas był czymś innym: debiutem, sprawdzeniem formy, rozrywką, aktywnym spędzeniem czasu z przyjaciółmi. Dla wszystkich – walką z samym sobą, z własnymi słabościami, autorywalizacją
z poprzednim wynikiem. W każdej głowie inne myśli, inne uczucia, ale w sumie podobne, krążące wokół mety, i jasno określone pragnienie: ukończyć bieg.

Start to euforia, uwolnienie endorfin


... koncentracja ...


...  potem przychodzi kalkulacja, obliczanie sił, wsłuchiwanie się we własny oddech,
a jeszcze później, gdy nogi już niosą same - coraz bardziej zaczyna liczyć się psychika, która – szczególnie u początkujących biegaczy – może wygrać z ciałem. Wtedy tak bardzo ważni na trasie stają się ci, który potrafią ponownie zagotować krew w żyłach, zmotywować i pomóc wygrać ;)


Podczas Pierwszego Krakowskiego Półmaratonu Królewskiego - spontanicznie Pacemakerem został

Dawid:
 Polska przeżywa rewolucję biegową, Cracovia Półmaraton jest tego dobrym przykładem. Za oknem 3 stopnie, a na starcie jakieś 4 tysiące rozgrzanych biegaczy. Nikt nie narzeka, jest zimno, ale w powietrzu wisi zapowiedź kolejnej „życiówki”. Warunki idealne, wiatru zero, a i nikt nie będzie miał wymówki, że się znowu przegrzał.
Tak powinien myśleć każdy biegacz. W końcu każdy z nas biega by się sprawdzić. Kobiety częściej robią to dla zdrowia, ogólnej formy, faceci natomiast, aż kipią chęcią rywalizacji. Jeśli nie ze znajomymi, to na pewno z samym sobą. Ja jednak dzisiaj jestem inny, tym razem nie chcę być „tym” facetem.
Po bolesnym sezonie maratońskim, kilku prognozowanych kontuzjach, tym razem chcę wystartować inaczej. Dla zabawy, pobiec w grupie.
Plan jest prosty. Na starcie ustawiam się tam gdzie „nas” (NR) jest najwięcej. Nie ma znaczenia czas, nie ma znaczenia miejsce. Są natomiast ONI. W większości debiutanci, jeszcze niewiedzący, na co się porywają. Dla NICH to będzie najdłuższy bieg, jaki wykonali. Optymizm wymalowany na twarzach, pełen spokój –jeszcze nie wiedzą, że bieganie czasem boli. Dla niektórych to będzie bolesna lekcja – dobra lekcja.
Dlatego właśnie chcę być obok, pamiętam swój pierwszy raz, pamiętam jak porywałem się z motyką na słońce, próbując dystansów jeszcze nieznanych.  Wtedy byłem sam, bez doświadczenia, bez świadomości tego, co mnie czeka i pamiętam jak bardzo chciałem, żeby ktoś był obok. Ktoś, kto wiedział, co mi dolega i czego potrzebuję, a potrzebuję jak każdy – niewiele.
Podaj czasem komuś pomocną dłoń, uśmiechnij się, powiedz że dobrze wygląda. Pokaż, że to wszystko jest świetną zabawą, a w kryzysowym momencie kopnij w tyłek, opiernicz czy rozzłość, byle by na chwilę odwrócić uwagę od biegu. Zrób z siebie głupka, albo poderwij kibiców.
Nigdy jeszcze nie biegłem na totalnym luzie. Nigdy też nie biegłem pod prąd, ani tyłem. Tym razem natomiast mogłem, byłem ciekaw co się dzieje u NASZYCH dwieście metrów wcześniej - biegłem zobaczyć. Chciałem wiedzieć, co się dzieje z przodu, to leciałem zobaczyć. Wyśledziłem znajomych kibiców, to przystanąłem pogadać. Działo się wiele, było nas wielu, a ja miałem przywilej część z NAS obserwować. Starałem się być wszędzie, ale udało mi się to tylko w granicach rozsądku J
Wspólnie biegamy od stycznia, wtedy się poznaliśmy, zaczęliśmy ze sobą spędzać czas, razem się rozwijaliśmy i uczyliśmy od siebie. Z częścią biegałem na maratonie, z częścią wcześniej widziałem się na biegach, a z częścią biegałem na marszobiegu, teraz natomiast pierwszy raz miałem okazję zobaczyć jak ONI wszyscy się rozwinęli. Jak odnoszą własne zwycięstwa, jak biją mnie na głowę. Ale ja też wygrałem, bo byłem tuż obok...

Na metę dotarliśmy wszyscy, dzieląc się sukcesami swoimi i przyjaciół, z podziwem, zaskoczeniem gratulując sobie nawzajem. Owinięci w złote pelerynki zapomnieliśmy
o temapraturze, mgle, smogu, o bólu mięsni (ten przypomniał o sobie troche później...),
o wypoconych litrach wody i izotoniku, o tym, że nie pamietamy sporego wycinka trasy.
Zby na mecie:

... a tu Justyna:


Wtedy własnie przyszła refleksja, dlaczego właściwie chciałam wystartować. Dla wyniku – tak, dla udowodnienia sobie, że potrafię pobiec lepiej niż dotychczasowa  „życiówka”  - też, dla zobaczenia swojego nazwiska na liście – owszem...
Tym razem wystartowałam dla bycia RAZEM, dla tej radości skumulowanej gdzieś
w okolicy mostka, która powoduje przyspieszenie na ostatnich kilometrach i ściska gardło wzruszeniem, dla uścisków od Tych, którzy byli na mecie wcześniej, dla Tych, na których czekaliśmy w zatłoczonym hallu budynku stadionu, pośród porozrzucanych plecaków i zdejmowanych ubrań... Później - kolejka po posiłek i herbatę, wspólne pół godziny przy stole, medale na szyjach i duuużo, dużo zdjęć... I powrót na Stare Miasto, do Non Iron, gdzie udany dzień zakończył się nie mniej udanym wieczorem: długimi rozmowami przy grzanym wninie z pomarańczami, z atmosferą, jaka może powstać
w tym jednym szczególnym przypadku: między sportowcami, którzy na co dzień są inżynierami, lekarzami, nauczycielami, architektami czy studentami.
Bycie sportowcem to stan umysłu i sposób na życie. 

W tekście wystąpili:

  • jako Justyna: Justyna Trzcionka
  • jako Dawid: Dawid Malec
  • jako narrator: Olga Plaze

1 komentarz: