wtorek, 4 listopada 2014

Wciągające ultra(uzależnienie)


Rodzaj uzależnienia?

            Start w tym ultramaratonie nie był planowany wcześniej. Moim celem w kończącym się właśnie sezonie biegowym był udział w trzyetapowym biegu na 110 km Dynafit Run Adventure, który odbył się w dniach 18-20 lipca w Beskidzie Śląskim. I do tego startu przygotowywałam się, pokonując dziesiątki kilometrów, ćwicząc intensywnie z trenerem personalnym. Jednak realizacja tego marzenia okazała się nie być wystarczająca, bym mogła zamknąć sezon i powiedzieć sobie: "dobra robota!".
            Bo to jest pewien rodzaj uzależnienia...

W gruncie rzeczy chyba nie samo bieganie nim jest, a raczej poczucie siebie spełnionego, zrealizowanego. Nierzadko kosztem bycia nieobecnym w pełni w innych aspektach życia (np. rodzinnego, zawodowego). Ale to jest dylemat obecny w każdej pasji, w każdym działaniu, które może pochłonąć człowieka bez reszty. Blisko mi w myśleniu o pasji do sposobu myślenia himalaistów, którzy chyba najlepiej wiedzą, czym te dylematy są i jaką cenę płaci się za realizację marzeń, będąc niekiedy kilka miesięcy poza domem, z dala od rodziny i codziennych obowiązków. Jeden z nich - Ludwik Wilczyński ujął to w ten sposób: "Weźmy muzyka rockowego, który któregoś dnia postanawia, że koniec z koncertami, bo 200 dni jest poza domem to za dużo. Rezygnuje, wraca do domu, tylko że jest już zredukowany, wykastrowany. Proszę bardzo: tatuś po lobotomii wraca do domu, teraz będzie już z rodziną. Tak lepiej?[1]".
Nie, z pewnością tak nie jest lepiej...
            Dlatego też po ukończeniu Dynafit Run Adventure naturalną koleją rzeczy było u mnie przeglądanie kalendarza biegowego i szukanie nowego wyzwania. A że nie spieszno mi do tych najbardziej obleganych biegów, gdzie ceną udziału jest nerwowe oczekiwanie na otwarcie zapisów, a przy sprzyjającym szczęściu kosztowny udział (weźmy dla przykładu choćby Bieg Rzeźnika), to swoją uwagę skupiłam na planowanym po raz pierwszy Łemkowyna Ultra Trail. Od razu wiedziałam, że dystans 150 km jest jeszcze poza moim zasięgiem, więc zapisałam się na ten krótszy - 70 km.
Do udziału w biegu nie musiałam długo namawiać Tomka Buśko, który razem ze mną biegł w lipcowej etapówce w Beskidzie Śląskim. Zaledwie trzy tygodnie przed biegiem chęć udziału wyraziła również Karolina Nowakowska. I w tej obsadzie znaleźliśmy się na starcie.
Błoto, błoto, błoto...
Wyjątkowy spokój towarzyszył mi na linii startu. Wiedziałam, że jestem przygotowana kondycyjnie. Jedyne pytanie, jakie kołatało w głowie, to takie: "co jest trudniejsze do pokonania: jednorazowo dystans 70 km czy 110 km w trzy dni?". Gdy teraz myślę o tym biegu, to wydaje mi się, że byłam spokojna o to, że dobiegnę do mety. Nie miałam żadnych założeń czasowych. Chciałam ten wyścig ukończyć i móc odpowiedzieć sobie na powyższe pytanie. To wszystko. A że obecność w górach jest dla mnie zawsze wartością samą w sobie i nagrodą za wysiłek, to wiedziałam, że będę się tam dobrze bawić.
Powiedzieć, że trasa była wymagająca, to nie powiedzieć nic...
Koniec października i liczne opady w tygodniu poprzedzającym imprezę sprawiły, że krok biegowy częściej przybierał formę narciarskich szusów. Obserwując uczestników, można było odnieść wrażenie, że znajdujemy się na ruchomych piaskach, a naszym jedynym zadaniem jest utrzymać się w pozycji stojącej.

To było niemal 70 km sprawdzianu stabilności stawów i ogólnej koordynacji :) Nie dziwiły  rzucane pod nosem przekleństwa zmieszane z wybuchami śmiechu podczas kolejnych wywrotek w sam środek błotnistego morza, które spływało od startu do mety. O trudności trasy niech świadczy choćby fakt, że dystans 150 km ukończyło 78 osób, a wycofały się 72...
Mimo wszechobecnego błota każdy, kto ukończył bieg, mówił to samo: trasa była bajeczna! I rzeczywiście nie sposób się z tą opinią nie zgodzić. Mogliśmy podziwiać jesienne beskidzkie pejzaże, które momentami przybierały postać bajkowych miejsc - jak choćby okrzyknięta Narnią grań Cergowej.
Przydrożne kapliczki, pomniki przyrody i żywa natura - to elementy pejzażu, którego się nie zapomina jeszcze długooo po zakończeniu biegu.
Po raz kolejny przekonałam się, że mniejsze imprezy biegowe mają swój urok i warto, naprawdę warto brać w nich udział. Kusi nie tylko dużo niższa opłata startowa, ale też to, że organizatorzy dopracowują wszystko niemal do perfekcji. (W przypadku Łemkowyny na pewno do poprawienia jest organizacja miejsca depozytu i pryszniców w takim miejscu, by - tak jak w tym roku - biegacze nie musieli po ukończeniu 70 lub 150 km iść jeszcze kolejne 2-3 km po odbiór swoich rzeczy i skorzystać z sanitariatów). Poza tym jednym szczegółem uznaję tę imprezę biegową za godną polecenia.
Niektórzy zżymali się na błoto... cóż... chciałoby się powiedzieć: "taki mamy klimat", że jesienią pada deszcz i w górach warunki nie są idealne. Rekordy bić można latem, jesienią zaś można po prostu realizować swoją pasję :)

Łatwiej czy trudniej?
Tak jak chciałam, ukończenie biegu pozwoliło odpowiedzieć mi na pytanie, czy większym wysiłkiem jest pokonanie ultradystansu w jednym biegu, czy w trzech etapach. Na pewno jest to inny rodzaj wysiłku. W moim odczuciu większym wyzwaniem jest mimo wszystko etapówka, w której trzeba nie tylko pamiętać o odpowiednim rozłożeniu sił, ale też walczyć z nasilającym się zmęczeniem, brakiem czasu na regenerację i z każdym dniem silniej buntującą się głową, która nie chce współpracować z nogami. Podczas Dynafit Run Adventure po drugim dniu zawodów (pokonanych ok. 70 km) stan zakwaszenia organizmu był tak duży, że mimo bólu kolana nie miałam siły zejść piętro niżej do lodówki po zimny okład :) A myśl o tym, że za kilka godzin trzeba znowu wstać, by przebiec ponad 42 km, wywoływała w mojej głowie silny opór.
Pokonanie 70 km w jednym odcinku jednego dnia skończyło się oczywiście dużym zmęczeniem, jednak dużo mniejszym obciążeniem psychicznym, gdzie myśl: "nareszcie koniec" a nie "na dziś koniec" wywoływała jednocześnie radość i ulgę.
            Warto jednak spróbować i jednego, i drugiego, bo pomiędzy bólem i potwornym zmęczeniem jest zawsze miejsce na doznanie absolutnie niepowtarzalne - samospełnienie, "jedyny tak wartościowy towar, który dostajesz legalnie i za darmo"[2].

Karolina Ruta




[1]             Rozmowa Przemysława Wilczyńskiego z ojcem, Ludwikiem Wilczyńskim w: P. Wilczyński, Rodzina góry przenosi, "Tygodnik Powszechny" (12/2013).
[2]          Tamże.

3 komentarze:

  1. Ciekawe przemyślenia o walce z samym sobą, samospełnieniu, samorealizacji.
    Czekam na kolejny o poradach dla biegaczy chcących się zmierzyć z podobnymi ambitnymi wyzwaniami.

    OdpowiedzUsuń
  2. Karolina podziwiam :-) Po takich startach nie dziwota, że na maratonie brykałaś z luzem jak sarenka. Kilka porad odnośnie treningu pod takie dystanse mile widziane.

    OdpowiedzUsuń
  3. Panowie, dziękuję!
    Nie czuję się odpowiednią osobą, by mówić jak powinien wyglądać trening, sama dopiero zaczynam z ultradystansami. Jednak jeśli jesteście ciekawi, jak wyglądał mój kalendarz treningowy, to chętnie opowiem w prywatnej rozmowie :)

    OdpowiedzUsuń