środa, 19 sierpnia 2015

BUGT - Najtrudniejsze Ultra w Polsce

Dzień 15.08.2015 r. niby zwyczajna data, a jednak nie do końca. To dzień, na który czekałem od dawna i był to dzień, w którym wystartowałem w Biegu ultra Granią Tatr dokładnie o 4 rano (II edycja hardcorowego biegu po górach, który odbywa się co dwa lata) Był to główny start mojego sezonu, do którego przygotowywałem się od dobrego roku. Nadmienię, że aby w nim wystartować było trzeba uzbierać minimum 3 punkty z innych biegów górskich i zostać wylosowanym. Mi się udało. Startowałem bez wielkich założeń, jedynym założeniem było zmieścić się w limicie, bo wiedziałem, że bieganie po Tatrach nie jest łatwym bieganiem, a przede wszystkim dużo zależy tutaj od pogody. Dzień przed startem Paweł Kotecki przesłał mi prognozy pogody na ten dzień i powiem nie były optymistyczne. Miał być armagedon. Co prawda pogrzmiało i grad z burzą spotkał mnie na podejściu na Krzyżne, ale to by było na tyle. Dzięki Paweł, że tylko częściowo się sprawdziła pogoda :)

 Do najtrudniejszego górskiego biegu w Polsce przygotowywałem się pod okiem trenera Pawła Grzonki, który poprowadził mnie w sposób profesjonalny, za co w tym miejscu chciałbym mu bardzo podziękować. Dziękuję za wszelkie wskazówki, rady, plany treningowe i opieprzanie gdy było trzeba.
W dniu biegu wstałem o 1.00 w nocy, zjadłem śniadanie i ruszyłem na autobus, który wiózł zawodników do doliny Chochołowskiej skąd startował bieg. Przed startem sędziowie sprawdzali, czy każdy z zawodników posiada ze sobą sprzęt obowiązkowy tj.: czapkę/buff; czołówkę, rękawiczki, bandaż, folię NRC, ubezpieczenie od sportów ekstremalnych, telefon komórkowy, kurtkę przeciwdeszczową itp. Ruszyliśmy równo o 4 rano. Pierwsze 8 km wiodło wzdłuż Doliny Chochołowskiej.
Nie lubię początków, ale był to czas na rozgrzanie się. Później zaczęła się zabawa. Pierwsze podejście na Grzesia i resztę szczytów m.in. Wołowiec. Trasa była bardzo wymagająca technicznie: ekspozycja, dużo skał, luźnych kamieni, znaczne przewyższenia (+5000m). Można śmiało stwierdzić, że lekka nieuwaga i mogłoby dojść do tragedii. Nierzadko trasa prowadziła tuż nad przepaściami.
Trasa zawodów była bardzo dobrze oznakowana nie tylko w miejscach skrzyżowania szlaków oraz w punktach newralgicznych. Na pierwszym punkcie kontrolnym na Hali Ornak (26km) pojawiłem się po 4 h 18 min i dawało mi to 63 pozycję na 350 startujących w biegu (szok!). Wtedy tego nie wiedziałem, więc napełniłem na Ornaku bukłak izotonikiem, zjadłem arbuza, banana i bułkę z serem i ruszyłem na drugą część trasy. Widziałem, że to będzie lepsza część, bo będzie na niej czekać na mnie moja ukochana Ewelina, która będzie pacemakerem od Ciemniaka, aż do Murowańca. 
Słońce prażyło, a ja parłem do przodu mimo, że podejście na Czerwone Wierchy nie należy do przyjemnych, bo jest długie i monotonne. Gdy już dotarłem na Ciemniaka nie było zmiłuj, było trzeba napierać jeszcze bardziej, bo Ewelina nie pozwalała na obijanie. Napieraliśmy coraz mocniej, a turyści jak i inne osoby na trasie nam mocno kibicowali. Do Murowańca dotarłem po 7 h i 26 min od stratu co dało mi 44 pozycję (tutaj doznałem szoku, bo poinformował mnie o tym Michał Matląg! - nieznałem swojej mocy). Tutaj zjadłem zupkę, arbuza, wypiłem hektolitry coli i ruszyłem na Krzyżne. Na tym odcinku najwięcej straciłem czasu. Nie tylko dlatego, że podejście było strome wręcz pionowe, to jeszcze spotkała mnie burza z gradem. Ten odcinek pokonywałem sam, bo Ewelina miała czekać na Polanie Waksmudzkiej na połowie ostatniego odcinka biegu. Międzyczasie latało wiele helikopterów TOPR-u nad Krzyżnem, a więc dostałem sms od Eweliny bym dał znać jak tam się doczłapie :) - denerwował się o mnie ale i bardzo wspierała, co bardzo pomagało się zmierzyć z tym biegiem. Zbieg z Krzyżnego nie należał do przyjemnych, śliskie skały po burzy go znacznie utrudniały. A ja miałem coraz mniej sił. W końcu udało zbiec się do Doliny Pięciu Stawów i ruszyć w kierunku Wodogrzmotów Mickiewicza, gdzie był ostatni punkt kontrolny. I tu mnie spotkała przemiła niespodzianka, bo już tu na mnie czekała Ewelina by poprowadzić mnie przez ostanie 17 km biegu. Uzupełniłem zapas wody i ruszyliśmy. Ewelina jako profesjonalny pacemaker wszystko miała zaplanowane. Plan był prosty złamać 13 h. Ja nie miałem zbytnio ochoty na napieranie, ale wyjścia nie było, kobieta każe chłop musi :) Motywowała, opierdzielała mnie i biegliśmy ku mecie. Ostatnie dwa kilometry od Kuźnic do mety na stadionie COS pokonaliśmy po 3:50 min/km, mimo, że ducha bym wyzionął. Cel osiągnięty dzięki Ewelinie czyli złamane 13 h a dokładnie na mecie zameldowałem się po 12h 52 mini 30 sek. :) Jestem mega zadowolony, bo nie spodziewałem się tak dobrego wyniku. Dało mi to 40 lokatę na 350 startujących. Bieg łącznie ukończyło 241 osób, co pokazuje skalę trudności biegu.

Rekapitulując, był to najtrudniejszy bieg górski w jakim brałem udział. Na pewno nie można do niego podejść z marszu, trzeba pobiegać w górach i mądrze potrenować. Przewyższenia godne, a zbiegi mega trudne i techniczne. Ale nikt mi nie zabierze pięknych widoków i tego co uwielbiam robić na co dzień czyli biegać po górach :) Dzięki górom poznałem smak wolności i zrodziła się pasja, którą mogę dzielić z moją drugą lepszą połową - dziękuję, że jesteś i byłaś zemną na GRANI :) Dziękuję też ekipie Night Runners za doping oraz TGV CLUB Kościan za doping i wspieranie sms-owe.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz