czwartek, 8 października 2015

Dlaczego blokujemy miasta?

Kilka razy do roku w każdym mniejszym i większym mieście odbywają się imprezy sportowe, które paraliżują ruch uliczny oraz maksymalnie komplikują rozkład komunikacji miejskiej. Efekt tych imprez jest niestety zawsze taki sam. Wzajemna wojna podjazdowa uczestników imprezy oraz "przymusowych" obserwatorów, w której obie strony mają swoje racje i obie nie bardzo chcą siebie słuchać. Może jestem naiwny, ale może przy odrobinie dobrych chęci wcale tak nie musi być? Drogi Kierowco, Drogi Biegaczu. Przeczytaj poniższy tekst, poleć znajomym, może coś uda się zmienić? Może nie potrzeba wybierać i walczyć po przeciwnych stronach barykady?


Żyjemy w miastach, które już przez samą swoją urbanistykę oraz wymagania mieszkańców mogą powodować sprzeczności. Z jednej strony chcielibyśmy przemieszczać się jak najszybciej do czego potrzebujemy (w teorii) szerokich arterii komunikacyjnych z priorytetem dla samochodów oraz komunikacji miejskiej. Z drugiej centra miast, przez które prowadzą kilku pasmowe autostrady wyludniają się i przestają być atrakcyjne, bo cóż to za przyjemność spacerować z dzieckiem czy iść na zakupy w smogu i hałasie? Zatem chcielibyśmy, by ruch był uspokojony ( ograniczenia prędkość), a przez to bezpieczny. By przy ulicach powstawały ścieżki rowerowe, a w wydzielonych miejscach całkowicie pozbywać się ruchu kołowego na rzecz deptaków, miejsc na skwery, parki, ogródki etc. Widzicie tu konflikt? Co zrobić by wilk był syty i owca cała? Otóż potrzebny jest kompromis, w którym ani pieszy, ani rowerzysta ani kierowca nie będzie czuł się suwerenem miasta lub tez mówiąc wprost świętą krową, której wszystko wolno.

Gospodarka i polityka. Od 25 lat żyjemy w wolnej Polsce, wielu czytających ten wpis miało przyjemność urodzić się w czasach, gdy już niczego nie brakowało. Każdy mógł cieszyć się wolnością. Jednak czy na pewno? Obecnie konkurencyjność i wymagania rynku są takie, że większość z nas musi pracować często na więcej niż jednym etacie, by pozwolić sobie na życie na średnim lub nawet podstawowym poziomie. Dzieje się to kosztem czasu dla rodziny, czasu na rozrywki, czasu na odreagowanie. Często jedynym momentem by zrobić coś razem jest niedziela. Niedziela na którą przypada bieg, w którym biegowi terroryści przejmują miasto i nie przejmują się tym, że ktoś siedzi w aucie i przeklina wszystkich, którzy go mijają. Biegaczy, którzy wyśmiewają, że kierowca mógłby sam wyjść pobiegać, a nie jeździ w niedzielę do centrum handlowego. Brzmi znajomo?

Po całym tygodniu pracy i stresów. Po tygodniu słuchaniu bredni i obietnic polityków chcesz po prostu spędzić czas z rodzina i wpadasz w całodzienny korek. Masz prawo być wściekły? Tak. Czy masz prawo wyzywać biegaczy? Nie.

Ci którym udało się zorganizować czas w taki sposób, by znaleźć chwilę lub dwie w tygodniu na to by pobiegać ( to obecnie najpopularniejsza aktywność fizyczna wśród osób, które uprawiają sport) od czasu do czasu chcą wystartować w zawodach. Co prawda nie wszyscy, lecz dość znaczna część. I wierzcie mi, zawodów są tysiące w skali roku. W samej Wielkopolsce jest ich kilkaset, a tych które blokują miasto ledwie 4! (Poznań)
No i taki biegacz stwierdza, że chciałby wystartować w biegu w (najczęściej swoim) mieście bo:

1. Chce się sprawdzić ( a taki biegi przyciągają najwięcej biegaczy, z uwagi na atrakcyjność biegu, nagrody, bogaty pakiet startowy)
2. Chce poczuć atmosferę zawodów (ponownie, im więcej osób tym atmosfera lepsza, a chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że bieg, który przyciąga tysiące kibiców po mieście ma lepsza atmosferę, niż bieg w pobliskim lesie?)
3. Chce pobić życiówkę ( biegi po asfalcie, mimo iż bardziej szkodliwe na aparat ruchu, dają większe możliwości, by biegać szybko)
4. Chce, by rodzina i znajomi zobaczyli go na trasie. Chce przybić piątkę z córką, bratem i babcia.
5. Chce, by jak najwięcej osób zobaczyło jak fajnie można się bawić biegając.

Powody można wymieniać dalej, ale na tym poprzestanę.
W tym momencie mamy po jednej stronie szczęśliwego biegacza, który biegnie w maratonie i po drugiej sfrustrowanego kierowcę, który utknął w korku. Co robić, by pomóc sobie nawzajem?
Postarać się zrozumieć drugą stronę. Od tego bym rozpoczął. Co możemy zrobić, by żyło nam się lepiej? W przypadku imprez sportowych, które wyłączają miasto z ruchu intruzem na ulicy jest biegacz. Myślę, że to po naszej stronie jest piłeczka i oto co wg. mnie możemy zrobić.

1. Wykaż zrozumienie - nie każdy musi i chce biegać i będzie podzielał Twoją pasję, jednak to nie powód, by w dyskusji spłycać niedzielnych kierowców do poziomu tych, którzy jadą na galerii lub kościoła autem i tak spędzają niedzielę, zamiast tak jak MY fantastycznie bawić się na biegu.

2. Informuj - żyjemy w erze szybkiej informacji, jednak także nadinformacji. Komunikatów jest zbyt wiele i nie mamy czasu ani czasem okazji by przyswoić i znaleźć to co jest dla nas istotne. Dlatego, gdy wiesz, że w Twoim mieście odbywa się bieg może warto znaleźć na stronie organizatora plakat, który informuje o utrudnieniach w ruchu. Wydrukuj go i powieś na tablicy w swoim bloku, to Cie w końcu nic nie kosztuje prawda?Wiem, że informowanie o takich wydarzeniach leży w gestii organizatora, jednak tak jak pisałem wcześniej, informacji pojawia się tak wiele, że czasem trudno złapać to co jest ważne. Udostępnij na swoim facebooku, twiterze. Zaproś rodzinę i znajomych, żeby przy ładnej pogodzie wyszli na trasę i wsparli Cię wysiłku.

Te dwa punkty to bardzo niewiele, a mogą już coś zmienić. Gdy kierowca będzie miał świadomość tego, iż odbywa się bieg, może będzie w stanie zaplanować dzień inaczej i nie wpadnie z zaskoczenia w kilku godzinny korek, bo banda biegaczy w lajkrach postanowiła manifestować swój sport w centrum miasta.


Apeluję do Was o cierpliwość dla siebie nawzajem. Mam świadomość, że organizacja ruchu nie zawsze jest perfekcyjna, że służby porządkowe nie zawsze mają pełną wiedzę lub jakąkolwiek wiedzę by pomóc ominąć bieg. Jednak jestem pewien, że z każdą imprezą uczą się, by pracować lepiej dla wszystkich, nie tylko dla biegaczy, lecz także dla kierowców.


Dzięki, że dobrnęliście aż tutaj. Poniżej zebrałem kilka najczęstszych zdań, które padają z ust kierowców oraz moja opinia dot. Warszawy oraz mediów

Najczęstsze zarzuty:
1. Biegajcie po lesie
Biegamy. Biegacz pokonuje w ciągu roku od 500, przez 1000 do 2000 kilometrów! Przy okazji zawodów w mieście to 10,20,42 pokonane jednorazowo.
2. Miasto nie należy do Was
Owszem należy zarówno do Nas jak i do Was. Bo to wspólnie My tworzymy miasta.

Ostatnio media podchwyciły temat, w którym padło zdanie - Przez biegaczy dwie karetki utknęły.
Wszyscy wiemy jak działają media prawda? W skrócie, im więcej odsłon, komentarzy tym więcej zarabiają. Co zatem zrobić? Napuszczają grupy na siebie nawzajem. Tak działają tytuły polityczne, gdzie napuszcza się zwolenników przeciwnych partii na siebie i podobnie działa to tutaj. Media prowadzą do eskalacji konfliktu, bo jest to im na rękę.
/ w temacie karetki, to obowiązkiem organizatora jest zapewnienie planu organizacji ruchu w takim wypadkach, więc wina nie leżała po stronie ani biegaczy, ani organizatora.

Warszawa: Tutaj mam pewną wątpliwość czy nie stanąłbym po stronie ...kierowców. Liczba biegów w Warszawie, która wpływa na ruch jest dość znaczna. Czy Warszawie potrzebne dwa maratony? Czy 10-12 biegów w roku to nie zbyt dużo? To aż 20% weekendów. Pozostawiam temat otwarty, może mieszkańcy/biegacze z Warszawy się wypowiedzą?

3 komentarze:

  1. co tu dużo pisać. Zgadzam się z Tomkiem w 100%. Co do Warszawy to faktycznie jest problem. Są dwie grupy dużych biegów:
    1. biegi historyczne, starsze, organizowane przez fundację "Maraton Warszawski" czy aktywną warszawę. I tu są biegi typu Maraton Warszawski, Półmaraton Warszawski, 11 listopada, Powstania Warszawskiego.
    2. biegi bardziej komercyjne:Orlen Maraton, BMW Półmaraton czy Biegnij Warszawo.
    Daje nam to 2 maratony, 2 półmaratony co najmniej 3 biegi na 10 km, niezliczone biegi na 5... i to mowa o biegach w centrum, blokujących ruch...
    Dużo... za dużo. Ktoś powie. Prawo popytu i podaży. najwyraźniej potrzeba. Ale fajnie byłoby pobiec w maratonie w warszawie na 20 tys... .:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czasem biegam, w zawodach nie miałam odwagi brać udział, ale często mam z nimi styczność, ponieważ w Krakowie są one co chwilę.
    Myślę, że żyjemy w czasach, gdzie życie przestało funkcjonować wyłącznie od poniedziałku do piątku. W weekendy ludzie, pracują, studiują, a nie tylko jeżdżą do kościoła lub do galerii na zakupy. Problem nie tkwi w tym, że zawody istnieją, a w trasach, które są blokowane przez biegi. W Krakowie zazwyczaj są to aleje trzech wieszczy, najczęściej uczęszczana droga. W trakcie biegów miasto jest sparaliżowane, sama byłam tego ofiarą i przez brak dostępu do komunikacji miejskiej nie zdążyłam na egzamin..
    Żeby to było raz w roku, wielka impreza z pompą,no to ok, niestety jest tego dużo, dużo za dużo, a przecież można zrobić bieg nad brzegiem Wisły.. dobra nawierzchnia i nie utrudniałoby to życia innym ludziom, którzy niekoniecznie chcą brać udział w kolejnym ważnym dla kogoś biegu.
    Ja rozumiem biegaczy, doceniam pasję i wysiłek w tym co robią, jednak wystarczyłoby zmienić trasę np. na te wspomniane lasy, które z pewnością byłyby też zdrowsze niż wdychanie powietrza przesyconego pyłami.
    Pozdrawiam serdecznie i mam nadzieję, że kiedyś nadejdzie dzień, w którym biegacze i reszta miasta dojdą do porozumienia :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeżeli chodzi o Warszawę to dodałbym jeszcze wszelkiego rodzaju manifestacje, marsze, pochody, procesje, przejazdy vipów, masy krytyczne i wyścigi kolarskie, rajdy samochodowe itd. Chcesz mieszkać w dużym mieście musisz się do tego przyzwyczaić. Osobiście wolę biegi i imprezy sportowe niż manifestacje polityczne.

    OdpowiedzUsuń