środa, 10 lutego 2016

Mój powrót do biegania - Zimowy Forest Run

Niedzielny poranek. Stoję sam pośród kolorowego tłumu biegaczy czekających na wystrzał startera. Ostatnie zdjęcie przed startem i ruszam w drogę. Nie pamiętam kiedy tak denerwowałem się przed startem. Pierwsza edycja Zimowego Forestu Runu jawiła się niczym nie lada wyzwanie. Nieznana trasa w połączeniu z brakiem startów lub treningów na dłuższych dystansach to kombinacja w której tylko głupi nie czułby respektu przed zadaniem, jakie czekało. Najbliższe dwie godziny miałem spędzić na 23 kilometrowej pętli prowadzącej przez tereny Wielkopolskiego Parku Narodowego.
fot. Piotr Oleszak
Zacznijmy od początku. Skąd wzięła się moja obawa przed startem w Zimowym Forest Runie? Nie raz i dwa pokonywałem takie dystanse.Było to jednak kilkanaście miesięcy wcześniej.  Ostatnie półtora roku to ciągła sinusoida, która by Cię nie zanudzać streszczę do dwóch naprzemiennych słów - boli/nie boli. Gdy tylko próbowałem biegać szybciej lub więcej odzywała się paskudna ( bo trudna do zdiagnozowania) kontuzja biodra. Czasami nawet miałem dłuższe okresy, trwające kilka tygodni, które pozwalały mi patrzeć z nadzieją na powrót do ścigania się, na powrót do rywalizacji. Równie szybko wracały stare problemy, dolegliwości i niechęć. Zniecierpliwienie, brak widoków na poprawę sprawiał, że bieganie traktowałem jak przykry obowiązek. Wiedząc, że nie mogę, przynajmniej na razie powrócić do dawnej formy skupiłem się na biegach z osobami, którym mogę pomóc. Doradzić, zmotywować lub poprowadzić na upragniony czas. I tak minął mniej więcej cały 2015 rok i połowa 2014. Nie było żadnych zawodów w którym miałbym wolną rękę, w których stanąłem na starcie z oczekiwaniami dobrego wyniku. Zawsze była to życiówka kogoś innego, a mój wynik schodził na dalszy plan. To był mój sposób, by czerpać radość z tych biegów i tak też było. Radość, gdy ktoś pobił swoją życiówkę lub wykonał dobry trening pozwalała mi wytrwać w tym trudnym okresie.

Gdzieś pod koniec 2015 ponownie uwierzyłem, że mogę biegać bez dyskomfortu. Wiara była bardzo nieśmiała, ale iskierka nadziei pojawiła się i stwierdziłem, że spróbuje jeszcze raz wrócić do utraconej formy. Zaczęła się większa regularność, a co za tym idzie rosnący kilometraż. I tak dotarliśmy do niedzieli, 7 lutego 2016. Musicie wiedzieć, że wszelkim moim wcześniejszym startom nie towarzyszyły żadne emocje. Nie miałem oczekiwań, nie miałem radości z biegania, więc często udział w zawodach po prostu był. Tym razem było trochę inaczej. Mimo, że noc przed zawodami nie należała do specjalnie długich to ponownie poczułem tą delikatną nerwowość na żołądku.
( Jest jeszcze opcja, że to uczucie w żołądku to kim czi z nachosami, które zaserwowano mi na parapetówce;p)
Obudziłem się przed budzikiem, szybkie śniadanie w postaci kanapek z miodem i w drogę wraz z Asia, Marta, Kasia i Ania.

Już w samochodzie przyznałem się dziewczynom, że mój ostatni start na dystansie dłuższym niż półmaraton jest datowany na...Poznań Maraton 2013 ;)  Przyznacie, że miałem podstawy do obaw, tym bardziej, że tym razem nie umawiałem się z nikim na określone tempo. Nie było kogo prowadzić, pozostałem sam na sam ze sobą. Na szczęście droga minęła szybko, więc i czasu na analizę nie bylo zbyt wiele. Po niecałych 30 minutach zameldowaliśmy się na parkingu na skraju WPN w Mosinie. Wolontariusze sprawnie zarządzali parkingiem i skierowali nas do biura zawodów oddalonego o 300 metrów.
Jak widzicie na zdjęciach Zimowy Forest Run był nim niestety tylko z nazwy i na trasie nie natrafiłem na ani gram śniegu. Było dość wietrznie i przez chwilę poddałem w wątpliwość mój pomysł by "biec na krótko", jednak już po pierwszych kilometrach biegu wiedziałem, że to była słuszna decyzja.. Przed startem sprawnie odebrałem pakiet, a w nim oprócz numeru startowego oraz ulotek znalazła się ładna buffka z logo biegu, którą od razu założyłem. Organizatorzy przewidzieli stosunkowo niewielki limit 500 osób, ale mimo to spotkałem mnóstwo dawno niewidzianych znajomych i rozmowami wypełniłem czas oczekiwania na start.
fot. TM
Po cichu liczyłem, że uda utrzymać mi się tempo koło 6:00 min/km, by dobiec na metę w 2:15 minut. Ostatnie zdjęcie przed startem i kalkulacje wzięły w łeb. Ruszyłem!
Do boju! Trasa początkowo prowadziła polną drogą, by po 2 kilometrach dotrzeć do lasu, gdzie zaczęły się już delikatne pofałdowania terenu. Jak prawdziwy amator zupełnie zlekceważyłem sprawdzenie trasy oraz jej profilu. Dlaczego? Chyba nie chciałem wiedzieć co mnie czeka, jeszcze bym zrezygnował w ostatniej chwili? Kilometry uciekały, a ja postanowiłem, ze będę starał się biec na podstawie tętna. Przestawiłem tarczę zegarka na ekran z wykresem pracy serca i trzymałem się tego przez pierwsze 11 kilometrów...kiedy to zegarek niestety wyładował się. Nie dopilnowałem pełnej baterii i mam za swoje. Pozostało biec na czuja. Po drodze spotykałem wielu znajomych i dzięki temu nie musiałem myśleć bez przerwy o tempie i jego kontroli. Trasa upływała w towarzystwie "swoich", najpierw Anita, potem Jacek z NR Września, Kufel oraz Karolina. Dodatkowo ogromną niespodziankę sprawili mi Julia, Kuba oraz Piotrek, którzy utworzyli mobilny punkt kibica. Widziałem ich aż trzykrotnie na trasie, co musiało stanowić nielada wyzwanie logistyczne.Fanfary dla Was! Ale wracając do biegu. Lewa prawa lewa prawa. Od momentu straty zegarka musiałem biec na wyczucie. Na szczęście w okolicach 12 km rozpoczęła się najbardziej malownicza część trasy prowadząca skarpą wzdłuż jeziora Góreckiego. Fantastyczne miejsce, gdzie mimo wszechobecnych hopek biegło mi się doskonale i nieznacznie, ale przyspieszałem.
fot. Bartek Obrzut
Kolejne kilometry to już trochę walka z głową. Ciągłe liczenie i szacowanie ile kilometrów przebiegłem, ile pozostało, jakim tempem mogę biec. To zajmowało mi czas i odwracało uwagę od nóg, które miały coraz bardziej dosyć kolejnych górek i zbiegów. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że można stworzyć tak wymagającą trasę w niewielkiej odległości od Poznania. Co więcej, w głowie miałem to, przed czym wszyscy mnie ostrzegali, morderczy 500 metrowy podbieg przed samą metą. Agnieszka, (organizatorka) dziękuje bardzo za takie zakończenie, prawdziwa wisinienka na torcie;) Wyczekując na tę górkę starałem się zająć głowę czymś innym.
Podziwiałem widoki oraz zająłem się zaczepianiem wszystkich fotografów i biegaczy z pytaniem "daleko jeszcze" albo "ile już przebiegliśmy". Na wysokości jednego z jezior poinformowano mnie, że do mety pozostało już niedaleko, niecałe 500 metrów. Wiedziałem, że za chwilę się zacznie, choć tak naprawdę liczyłem, że można wszyscy przesadzali i podbieg nie będzie aż tak parszywy.
Cóż. Był. Po pierwszej jego części zauważyłem tablice informacyjna - "Góry Szwedzkie". Padły niecenzuralne słowa, oraz wielki znak zapytania w głowie - Góry? Ale było blisko, zebrałem się w sobie i pokonałem potwora. Meta, medal i gloria na szczycie;) Cel podstawowy - przeżyć. Zrealizowany.
fot. T.M
A na mecie? Jedzonko:) Miałem ewidentny dług energetyczny i zjadłem wszystko co mi w ręce wpadło. Jak to powiedział Piotrek Oleszak - "Makos, jedyny zawodnik, który zakończy bieg z bilansem +1000 kcal." :) Szedłem wtedy z talerzykiem z dwoma wielkimi kawałkami ciasta;)

Czy to oznacza, że mogę próbować biegać szybciej i dalej? Odpukać mijają trzy dni od startu, a ja nie odczuwam specjalnych dolegliwości. Jest nadzieja! :)

Dziękuję organizatorom, za możliwość sprawdzenia się i przede wszystkim poznania fantastycznych terenów Wielkopolskiego Parku Narodowego, które były mi nieznane. Impreza, ze świetnym klimatem i atmosferą tworzoną przez wolontariuszy, uczestników oraz wszystkich partnerów. Czy przyjadę tam znowu? Myślę, ze ta sama trasa w warunkach zimowych wyglądałaby genialnie;) 

2 komentarze:

  1. Czytając czułam się jak kamerka albo kibic na trasie. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czyli efekt osiągnięty:)
      plus miło, że nie wyszedłem z wprawy pisania relacji;)

      Usuń