piątek, 19 lutego 2016

ZiMB – czyli „Razem, po swoje”. (cześć pierwsza - Kuba)

ZiMB – czyli „Razem, po swoje”.

Piątek 29.01.2016, godz. 1.30, Poznań. Pod dom na Wildzie podjeżdża srebrny Mitsubishi Colt, to co za chwilę się wydarzy ma swoje początki 30 listopada roku poprzedniego. Wtedy to po wylaniu siódmych potów pod okiem Trenera Wyciska vel. Żurka i dramatycznym rajdzie na Cytadelę (żeby zdążyć),  dopadam jedną z grup NR prowadzonych przez Picia.. Łapanie oddechu, powitania, endorfiny buzują (chociaż może to deficyt tlenowy) no i taka sytuacja:
 Piciu oznajmia -  „Jadę w góry pod koniec stycznia na bieg.” - Reakcja bezpardonowa.
Ja -  „Piciu chyba Cię nienawidzę.” – to taka forma zazdrości na szybko.
Piciu ripostuje - „To może pojedziesz z Nami? Ze mną i z Julką.”  Brainstorm, mindfuck, myślotok..
Po niezbyt długich namysłach zapisuję się, wpłacam odpowiednią sumę peelenów na konto OTK i tak oto wsiadam właśnie do srebrnej strzały.  Podjeżdżamy jeszcze po Julkę, główną winowajczynię tego zajścia ;) upychamy plecaki i mega nakręceni wyjeżdżamy z poznania o 2 w nocy – cel Cisna, Bieszczady. Sama podróż mija nam przy wesołych nutach z telefonu i niesamowitej wyżerce przygotowanej przez Julkę ;) Echhh te muffiny czekoladowe i bułki z domowym pasztetem...

 Na miejsce, czyli do „Pod Źródełkiem” w Dołżycy dojeżdżamy ok. 10 i uśmiech sam wciska nam się się na twarze. Widok wygrywa wszystko, a na dodatek taki sam mamy z okna naszego pokoju! 
Rozpłaszczamy i rozpakowujemy się, chwila wytchnienia, siódme śniadanie i maszerujemy do Cisnej. Krótkie rozpoznanie co, gdzie i jak, no i lądujemy w Karczmie Troll. Tutaj objadamy się po uszy i nad Rzeźnicką mapą zdobytą w lokalnej informacji turystycznej, przy akompaniamencie rockowej muzy, wzmacniając się lokalnymi trunkami snujemy plan na następny dzień. I na następny rok – if you know what i mean ;) 
Jeszcze chwila w Siekierezadzie, gdzie wino z kija okazuje się... brrr.. samo wspomnienie mrozi krew w żyłach.. nie chcę do tego wracać :D. Mały rozchodniaczek w Trollu i w radosnych nastrojach wracamy na spoczynek. Po drodze z rozdziawionymi gębami spoglądamy w nieboskłon i podziwiamy gwiazdy – niesamowita sprawa.  
Docieramy do Dołżycy, przed Nami jeszcze wspin do naszej noclegowni, a że humor dopisuje to tniemy na szagę jak się da, przez śnieg, pełnym gazem, zipiąc jak parowozy. Lądujemy w pokoju, każdy na łóżku i nim się spostrzegam, a zaskakuje mnie poranek. Zasnąłem w ciuchach – nawet nie wiem kiedy, nie wiem jak, wiem jedno – po 36 godzinach bez zmrużenia oka i takich atrakcjach to nie wstyd ;) P.S. Bogu niech będą dzięki za cudotwórczy górski klimat, bo po wczorajszych harcach nie ma śladu. Szybki ogar, śniadanie, przygotowanie i wymarsz do kolciaka. Dziś zdobywamy Caryńską! Mijając kolejne etapy Rzeźnika trafiamy na ostatni przepak w Berechach. Jest diabli mgliście i wietrznie (taki paradoks) co nie studzi naszego zapału, więc drapiemy się pod górę – Caryńska nadciągamy! Po pół godziny wiemy jedno – wszystkie przekleństwa na Caryńską mają solidne uzasadnienie – zdychamy sążnie. 
Jest dość stromo, ciut ślisko, a jednak nie przeszkadza mi to w zasuwaniu pod górę. Pozwala mi to pobawić się w fotoreportera i  strzelić Julce i Piciowi parę fotek z telefonu.




Przemy tak, aż docieramy do zagłębienia, w którym jest ciut mniej wietrznie. Czas na uzupełnienie węgli, chwilę wytchnienia, mała fotosesja ( bo Roman kazał) i napieramy.




Mijamy słynne gołoborza i rozpętuje się piekło. Wiatr jest tak silny, że spycha Julkę z trasy (mnie w pewnym momencie też prawie przewraca) i tylko pewny chwyt Picia ratuje ją Przed zepchnięciem ze zbocza. Nie ma to tamto, wracamy – damn you Caryńska, we’ll be back. Jak się później okaże za tydzień GOPR będzie ściągał z Caryńskiej takich kozaków co nie zawrócili, a potem do słuchawki płakali, że zimno i nie mają siły. Wielka jest siła gór, nawet tych małych... Zbiegamy ochoczo byle szybciej i dalej od wichru, który wbija nam lodowe szpileczki wszędzie.




Pod wielkimi świerkami, które tworzą na szlaku coś jakby szałas, zakładamy kolce na dalszy zbieg. Picia łapie turboskurcz, chwilę z nim walczymy wspólnymi siłami. Przechodzi! Nakładki on i lecimy. 


Mykkkk niech mnie ktoś powstrzyma, pełna para, super luz i na kontrolowanym poślizgu, na łeb na szyję, lecę w dól, w dół, w dółłłłłł... Julka z Piciem też nie próżnują ;) Po szaleńczym zbieganiu,  Piciu daje się przeciągnąć na dobrą stronę mocy i stwierdza, że trail to jest lajf. Julka uśmiechnięta od ucha do ucha – widać, że w swoimi żywiole Na odchodnym stykam się tyłkiem z podłożem przy zejściu na parking, parę pamiątkowych fotek – Roman pamiętamy, pamiętamy. 




Wracamy po drodze bezskutecznie szukając ciepłej strawy lub chociaż herbaty.  Wracamy do Dołżycy,  doprowadzamy się do porządku i lecimy (czyt. jedziemy) do biura zawodów. Na miejscu tłumy, ale atmosfera mega. Odbieramy pakiety, nabywamy drogą kupna rzeźnickie koszulki od Krzyśka Dołęgowskiego ( strasznie fajny z niego facet) i walimy na odprawę.. Przy dźwiękach Wiewiórki Na Drzewie dowiadujemy się, że wszystko będzie dobrze, przyswajamy cenne dane biegowe i z błogosławieństwem „ojca dyrektora” biegu – Mirka Bienieckiego lecimy na szybką zupkę do Trolla. Zupka i grillowany oscypek ograniczają orkiestrę dętą w naszych żołądkach, jednak czym byłoby ładowanie węgli bez makaRUNU?!”. Tak więc w naszej noclegowni do akcji wkracza mistrz patelni i garnka czyt. ja. Spaghetti bolognese „na winie” i lokalny bronks lądują na stole, wszystko znika w mgnieniu oka (brawo ja!). Spytacie co oznacza „na winie” – ni mniej ni więcej zrobione z tego co się kuchcie pod nóż nawinie ;). Następuje rytualne sprawdzanie sprzętu i szykowanie się na bieg. Napełniamy bukłaki, piersiówki, ładujemy szamę, kolce, i inne magiczne amulety, wplatamy chipy, ubrania na kupkę i spać! Ale jak spać kiedy emocje buzują? W końcu się udaje.. 



Budzę się przed budzikiem o nieprzyzwoicie wczesnej godzinie. 5.00. God why?! Śniadanie, maściami smarowanie, i inne rytuały przedbiegowe, o których wspominać nie wypada. Wymarsz – no bo przecież dojechać 2,5 km na start nie wypada – chociaż reszta zawodników wydaje się tak nie myśleć. Tym samym tego dnia w nogach i w du.. będziemy mieli 50km. :D Ale co ultrasa nie zabije to wzmocni ;) Start spod Trolla, spotykamy NR z całej Polski, pamiątkowe foty, Mirek strzela i WIO! 



Oessu, o matko, asfalt zło, śnieg z deszczem w twarz – zło. Odddech – jestem lordem wiaderem... Jakoś mija te pierwsze 6km i zbiegamy na lód (bo niestety pogoda niedopisała i stopiła cały snieg)  – pit stop – nakładki z kolcami, piersiówka z magiczną zawartością, morale podbudowane i lecimy dalej. Tam gdzie inni ledwie utrzymują pion, my czujemy się jak ryba w wodzie i napieramy jak dzik w szyszki, jak kuna w agrest.. wolne podbiegi, super szybkie zbiegi.. fun fun fun! Po drodze poznajemy kolejnych Night Runnersów i rodzi się w naszych głowach myśl: co będą robić Night Runnersi jutro Piciu? – Jak zwykle będą próbowali zapanować nad światem! :D
 



No to siup – szybki łyk z ZiMB-owej piersiówki, docieramy na szczyt pierwszego poważnego przewyższenia i teraz to co misie lubią najbardziej – zbiegi, zbiegi zbiegi! Lecimy, bo chcemy, bo możemy, bo jest super!Docieramy na punkt odżywiania, cola, bekanie, chwila na odpoczynek i czas na asfaltową drogę przez mękę. Odzywa się zmora tego wyjazdu i muszę podeprzeć się tabletką ibuprofenu. Trochę gradu w twarz, tak żeby nie było zbyt miło i przyjemnie?  – why not! 

Kończymy z asfaltem i zaczyna się żwirowy podbieg w stylu never ending story. Julka zalicza swój pierwszy poważny kryzys, ale zgodnie z ustaloną wcześniej strategią „Razem, po swoje” człapiemy się do góry. Punkt kontrolny na 26 km zaliczamy po 3 h. Możemy lecieć dalej, a wizja skrócenia trasy ze względu na moją kontuzję zostaje zażegnana. Herbatka z prundem, robi robotę i kiedy prawie zostajemy staranowani przez zbiegających zawodników, ruszamy dalej. Ja czując, że mam tę moc  staram się razem z Piciem motywować Julkę  i nie zarobić przy tym w dziób.. ;) Po drodze zbiegają szybsi od Nas biegacze i co niektórzy trochę szydzą, że to nie wycieczka piesza tylko bieg, ale my mamy tylko jeden cel – dobrze się bawić i chłonąć Bieszczady. Doczłapawszy się pod górę znów przywdziewamy kolce i zbiegamy do słynnej Karczmy Brzeziniak, a tam same smakołyki: herbata, grzaniec, cytrynówka, pieczone pyry, ryż z warzywami i Wiewióry klepiące dzikie rytmy no nieszło nie popodskakiwać jak małpiatka ;). Spędzamy tam z 25 minut, bo tyle zajmuje Julce odbudowanie sił, a ja przy okazji korzystam z wychodka ;). 



Opuszczamy karczmę i szykujemy się na jedyne hardkorowe podejście na trasie ( trochę szkoda, że to jedyne takie). Kiedy wydostajemy się na regularny szuterek przywdziewamy słuchawki i każdy przy radosnych dźwiękach muzyki biegniemy w dół ;)  Mnie trochę ponosi przy utworze Acid Drinkers – Love Shack i nie wiem, czy to zasługa muzyki, dystansu, grzańca, czy połączenie tego wszystkiego, ale zaczynam biec i tańcować. Ludzie trochę dziwnie patrzą na moje wygibasy, jednak nie robi mi to wcale. Zbiegi są awesome! Lecimy z Piciem ile fabryka dała i na wypłaszczeniach czekamy na Julkę. Dobiegamy do torów kolejki Bieszczadzkiej i już można wyczuć metę! Drepczemy do końca torowego odcinka, ściągamy kolce i napieramy w stronę mety. Ostatni podbieg, wyciągamy piersiówki, wbiegamy razem. Czas 5.58 z groszami, ale to nieistotne. 



Wyskok, medal, brudershaft, grzane piwo, przebierka, chwila odpoczynku, po drodze Troll, zupka i człapiemy do naszego pensjonatu. Na miejscu czekolada, zapach maści przeciwbólowych, Star Wars: Imperium Kontratakuje i osuszanie piersiówek. Zasłużony sen. 
Budzimy się, a za oknem sypie śnieg, aż żal wyjeżdżać. Pakujemy się i czas pożegnać się z Cisną i Bieszczadami. 


Wyjeżdżamy spełnieni i z przeświadczeniem, że jeszcze tu wrócimy. Za rok ciśniemy Rzeźnika jak się uda. Picu chce pobiec z Julką, a Ja.. no właśnie szukam pary. Anybody? ;) Tak czy inaczej, góry staną się częstym punktem na Naszej mapie wycieczek biegowych. A teraz, czas przeturlać się przez CT Poznań i wyleczyć się z kontuzji. Jesienią czas na Forest Run 50 i Łemkowynę 70, a po drodze może Chojnik albo Supermaraton Gór Stołowych po złości Łukaszowi W. ;) Do zobaczenia na trasie!

autor: Kuba Adamczewski

1 komentarz: