czwartek, 10 października 2013

Górskie raczkowanie czyli V Maraton Karkonoski

Rok 2012 był biegowo ciekawym rokiem. Obfitował w przeróżne imprezy. Jedne stricte biegowe (maraton, kilka półmaratonów), inne trochę mniej (Bieg Szlakiem Wygasłych Wulkanów oraz Bieg Katorżnika). Powoli zaczynałem bawić się bieganiem, z biegowego niemowlęcia stawałem się biegowym przedszkolakiem. Jak to przedszkolak, miewałem głupkowate pomysły. Jednym z nich był Bieg Rzeźnika w roku 2013. Na szczęście, i to chyba dowód, że z biegacza nieokrzesanego, przeistaczałem się w trochę bardziej rozgarniętego, w porę się opamiętałem. Postanowiłem przygodę z biegami górskimi rozpocząć trochę spokojniej – startem w Maratonie Karkonoskim. Spokojniej to oczywiście pojęcie względne. Trasa miała liczyć 44km, z sumą przewyższeń sięgającą 4000m. Dla kogoś, kto w górach do tej pory nie biegał, a ostatnio odwiedzał je jedynie by poszusować na nartach, liczby te wydawały się jakimś szalonym równaniem. X w tym równaniu był raczej znany i równał się mojemu zeszmaceniu na trasie, szacowałem, że gdzieś po podbiegu na Śnieżkę. Jednak raz kozie śmierć. Droga do Rzeźnika miała rozpocząć się od Maratonu Karkonoskiego, 3 sierpnia 2013 roku. Co więcej, okazało się, że miały to być Mistrzostwa Świata w Górskim Biegu Długim. Takiej okazji nie mogłem przegapić. Reprezentacja Polski mnie potrzebowała.

Podejmując decyzję o zapisaniu się na bieg (w lutym 2013) myślałem, że będę jedynym Night Runneresem na starcie w Karpaczu. Myliłem się jednak, gdyż okazało się, że nasze szanowne barwy reprezentować będą jeszcze Przemek oraz Adrian. W kupie raźniej (dla nich też miał to być pierwszy górski maraton) pomyślałem i zacząłem kombinować jak by tu się przygotować. Wkrótce moje krótkie życie niedoświadczonego górala uległo drastycznej zmianie… 

W drodze na Zimowy Bieg w Trzemesznie poznałem Kołcza, człowieka, który zaraził pasją do biegów górskich sporą część poznańskich Night Runnersów, wg naszych kanonów doświadczonego ultrasa górskiego (szczerze polecam jego relację z Biegu 7 Dolin). Stałem się jego nieoficjalnym Padawanem, a on moim (i nie tylko moim) mistrzem Yodą. Również wzrostem nie grzeszy i potrafi śmiesznie mówić. Moc także jest zdecydowanie po jego stronie. Zresztą część tej mocy mi przekazał, gdyż w Szklarskiej Porębie wystartowałem z jego Garminem na ręku.

To nakręcane przez niego Sparty (na Cytadeli) oraz Dziewiczy Masochizm (Dziewicza Góra) stały się bardzo ważnymi częściami mojego treningu przed-Karkonoskiego. Nie ukrywajmy, Poznań nie jest idealnym miejscem do trenowania pod górskie szaleństwa, ale jak się nie ma, co się lubi… Te dwie jednostki treningowe dały mi minimalny przedsmak tego, czego spodziewać się mogły moje kolana, mięśnie czworogłowe oraz stopy. Poza tym specjalnie do biegu się nie przygotowywałem. Mocno przepracowana zima dawała efekty wczesną wiosną (rekordy życiowe na wszystkich dystansach) oraz stanowiła dobre podłoże pod dłuższe wybiegania latem.

Ważnym elementem było też pierwsze spotkanie Ultra Grupy „Kutaczy”. Pod dowództwem Kołcza oraz Orzecha, w doborowym towarzystwie, wtedy jeszcze tylko dobrze się zapowiadającej – dziś już bezwzględnie - Carycy Biegów Górskich Eweliny, Dariusza, dwóch Adrianów, Dzikiego oraz, mojego partnera na Bieg Rzeźnika, Macieja. 29-kilometrowa trasa, w tym podbieg na Śnieżkę, dała przedsmak tego co czekało mnie miesiąc później. Czasu było niewiele..a ja, jak zwykle, przygotowany po łebkach. To była też jedyna okazja by przetestować w warunkach bojowych Saucony Exodus 2.0, które miały mi pomóc w pokonaniu 44km w Karkonoszach. Poprzedzone to było dwoma intensywnymi dniami wędrówek górskich z Marysią (dziękuję!!).

Na bieg udaliśmy się w piątek (bieg w sobotę) z Darią, Adrianem i Przemkiem. Na miejscu dołączyli do nas Łuciu i Zosia. Już sama atmosfera przedbiegowa była inna niż zazwyczaj. Kilkanaście reprezentacji krajowych, gwiazdy biegów górskich, wszyscy mieli zadanie do wykonania, a jednocześnie czuć było respekt przed wyzwaniem. Odebraliśmy pakiety i do pensjonatu, nabrać sił.

Pobudka wczesnym rankiem. Wyraźnie w powietrzu czuć było napięcie. Ci, którzy czytali moją relację z Maratonu Berlińskiego wiedzą, że nerwów to ja nie potrafię opanować ;) Mocno się starałem, jednak było ciężko. Na start poszliśmy piechotą, optymistycznie sądząc, że po biegu będziemy w stanie wrócić. Start był umiejscowiony pod stacją początkową wyciągu krzesełkowego na Szrenicę. Na miejscu spotkaliśmy dość liczną reprezentację KB Maniac z Poznania. Było kogo gonić J Kilka dni przed biegiem dowiedzieliśmy się również, że niestety z powodu remontu jednego z wejść/zejść na Śnieżkę, punkt ten został wykreślony z trasy. Wbieg na Śnieżkę miał być apogeum masakry, jaka nas czekała, więc byłem rozczarowany. Jak się okazało, decyzja ta była zbawienna…

Start o 8.30. Nie omieszkałem obwieścić tego na FB. Zresztą jak wszystkich ważniejszych etapów biegu. Od początku wiedziałem, że nie będę leciał na rekord, a po to by poznać nowy dla mnie rodzaj biegania. Dlatego też miałem czas na wiele rzeczy J

Zaczęliśmy od podejścia na Śnieżne Kotły. Tam był pierwszy punkt kontrolny. Trzeba było zmieścić się w 1:15 minutach. Odcinek 6,5km. Wydaje się, że pikuś. No, nie do końca. Przewyższenie prawie 1000 metrów, więc całkiem stromo. Łuciu pognał do przodu, ja trzymałem się Adriana i Przemka. Oczywiście nogi chciały lecieć, ale perspektywa kolejnych kilkudziesięciu kilometrów skutecznie te zapędy ograniczała. Na punkcie kontrolnym pojawiłem się po godzinie i dwóch minutach – mogłem lecieć dalej. 10 osób nie miało tyle szczęścia.

Tam też był pierwszy punkt z wodą, co skrzętnie wykorzystałem. Na każdym z punktów piłem niczym wielbłąd na przystanku, wylewałem na siebie również spore ilości wody. Temperatura niestety nie była naszym sprzymierzeńcem tego dnia. Żadnych chmur, pewnie ze 35 stopni, a my na grani, niczym orzeszki na patelni (nie pytajcie skąd to porównanie). Co więcej, pod Śnieżką (Dom Śląski) była nawrotka (mniej więcej na 22km). W tamtą stronę słońce grzało z prawej, gdy wracałem również smażyło prawą część mego lica, gdyż zdążyło już przejść na drugą stronę. I bądź tu mądry. Na szczęście użyłem kremu do opalania – 1:0 dla mnie. Chwilę później sił dodają mi poznani poprzedniego dnia Słoweńcy. Miłe to, jak zresztą każdy wyraz sympatii ze strony kibiców.

Kolejnym punktem kontrolnym było Schronisko Odrodzenie. 13,5km. Limit 2,25h. Znajduje się ono w niecce. Od Śnieżnych Kotłów do Odrodzenia to właściwie jeden wielki zbieg. Można było zdecydowanie przyspieszyć. Niestety w butach miałem złe wkładki, co dosyć mocno ograniczało moje ruchy. Po drodze spotkałem Łukasza (wtedy jeszcze go nie znałem), który kilka tygodni wcześniej był z ekipą Night Runners (pokaźną!) na Półmaratonie w Górach Izerskich. Chwilkę pogadaliśmy i poleciał dalej. Jak już wspomniałem, Schronisko znajduje się w niecce, co oznacza, że po zbiegu, jest podbieg. Robiło się goręcej. Siły jednak były, niestety stopy zaczynały doskwierać (zważywszy, że zostało 30km, to nie była dobra wiadomość). Tuż za punktem żywieniowym spotkała mnie kolejna miła niespodzianka. Zostałem rozpoznany przez jakąś osobę z Poznania. Niestety do dzisiaj nie wiem, kto to był (kibic czy wolontariuszka??przepraszam!), ale miło słyszeć „Łukasz z ParkRunu?Night Runners?”.

Brnąłem dalej – co innego miałem robić?Na, mniej więcej, 16km z naprzeciwka zaczęli nadbiegać zawodnicy elity. Niczym kozice (tudzież kozły), zdawało się, że nie ma dla nich różnicy czy biegną w górę, w dół czy po prostym. Tempo bardzo podobne. Jako, że tym razem nie aspirowałem do miejsc medalowych robiłem swoje. Na półmetek dotarłem w dobrym stanie kondycyjnym, niestety z jednym już pękniętym pęcherzem. Musiałem na chwilę się zatrzymać, zdjąć buty, wymienić wkładki i zakleić stopy plastrami. Kolejny punkt z wodą i kolejne litry wylane na głowę. Dodam, że oczywiście biegłem z bukłakiem. Przydatne okazały się również kabanosy!

Ruszyłem w drogę powrotną, minąłem się ze współtowarzyszami, byli niewiele za mną. Zmiana wkładek niestety nie na wiele się zdała. Po kilku kilometrach musiałem się ponownie zatrzymać. Tym razem posmarowałem stopy wazeliną, ponownie przykleiłem plastry. Zmieniłem również skarpetki. Wiedziałem, że do końca będzie walka. Przed wyjazdem z Poznania z Adrianem rzucaliśmy szalone 5 godzin 30 minut. Opanowałem się jednak i celowałem w 6:30 (limit 7:30). Wiedziałem jednak, że może być ciężko..i było. Sił jednak nie brakowało, sweet focie na trasie o tym świadczą ;)

Zbiegi sprawiały mi spore problemy. Ból natomiast mijał przy podbiegach (a właściwie podejściach). Metodą na 105, kuśtykałem do mety. Chyba jednak skutecznie, bo cały czas mijałem kolejne osoby. Przy zbiegu do Schroniska Odrodzenie pierwsza ofiara biegu. Jedna z Amerykanek nieszczęśliwie upadła i, co okazało się później, skręciła poważnie nogę. Na miejscu był już jednak sanitariusz, więc tylko spytałem czy mogę pomóc i poleciałem dalej. Przy Schronisku grupa niemieckich kibiców, pić-stop (copyright Marcin Kargol) i koniec zbiegu. Kolej na dłuuugi podbieg drogą asfaltową. Będąc tu pierwszy raz tego nie odczułem, pewnie z tego względu, że było jeszcze dość wcześnie. Teraz jednak asfalt nagrzany był niesamowicie, wręcz lepił się do butów. Zdecydowanie był to najgorszy odcinek całej trasy. Jednak chyba byłem w dobrej formie, bo, mimo iż maszerowałem, to jednak wyprzedzałem wszystkich. Podbieg się skończył, można było chwilkę odsapnąć. Ale co to??No jak to, co??Kolejny podbieg! Nie ma, że boli. Tym razem nie asfalt, a wielkie kamienie (dobrze, że nie padało, bo byłyby niebezpieczne). Powoli zaczynam mieć dość, a do mety jeszcze spory kawał. Obracam się i widzę w oddali Śnieżkę. „Cholera, jesteś gość” wmawiam sobie i przyspieszam, bo widzę domek i zapewniam się, że to Szrenica (meta była na górze). Możecie sobie wyobrazić jak się „ucieszyłem”, gdy ktoś mi powiedział, że to jednak Śnieżne Kotły.

Docieram do Śnieżnych Kotłów. Ostatni wodopój. Wypijam z półtora litra wody, wylewam ze 3. Jestem gotowy na finisz. Siły są, chrzanić stopy. Zagoją się!No i dzida!!!!Ostatnie dwa kilometry mam najszybsze na całej trasie (nie licząc pierwszego zbiegu do Odrodzenia). Finisze długich biegów niestety mają to do siebie, że niemalże nigdy nie kończą się tam, gdzie mam na to nadzieję. Tutaj też zaskoczył mnie jeden dodatkowy zakręt. „Nie pierwszy i nie ostatni raz” pomyślałem i strzała do przodu. Podbiegu właściwie nie zauważam. Wpadam na metę z czasem 6:14:43. Jest dobrze!!!

Kilka chwil po mnie dobiegają Łuciu i Przemo, po nich Adrian. Cała czwórka na mecie. Zająłem 413 miejsce w Mistrzostwach Świata. Mimo wszystko, fajnie to brzmi. Ja, człowiek z nizin, brałem udział w mistrzostwach świata w biegu górskim. Nikt mi nie bronił wygrać. I to w bieganiu jest niesamowite. Tak jak w tytule - ultrasem nie zostałem, bo ostatecznie trasa wynosiła 41.25km, jednak nie to było najważniejsze. Najważniejsze było to, że dałem radę. Mimo problemów, mimo temperatury, mimo krwawego pęcherza na pół stopy. Dobiegłem, pokonałem dystans. A ultrasem jeszcze będę!

Skończyliśmy pierwszy bieg górski, w pełnym tego słowa znaczeniu. Wiem, że są biegi dłuższe, bardziej wymagające. Maraton Karkonoski jednak broni się świetnie. Jest wg mnie doskonały do rozpoczęcia przygody z górskimi maratonami. Za rok wracam. Będzie fajnym dopełnieniem Biegu Rzeźnika…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz